rageman.pl
Muzyka

In Memoriam: Grzegorz „Guzik” Guziński (22.01.1975-09.01.2021)

Przyznaję bez bicia – kompletnie nie wiedziałem jak się zabrać do tej notki i skłamałbym pisząc, że coś się zmieniło w tej kwestii. Czekałem i obserwowałem jak inni „odsłaniają karty” i trzeba przyznać, że polskie dziennikarstwo muzyczne stanęło na wysokości zadania. Piękny, specjalny odcinek swojej audycji przygotował Leszek Gnoiński, wspaniale fenomen Guzika oddał w swym artykule Paweł Sito (z artykułu też została zaczerpnięta fota obok). Ale nawet sporo osób spoza rockowego dziennikarstwa czy dziennikarstwa muzycznego w ogóle odnotowały tę smutną okoliczność. Oczywiście duże media aby było bardziej nośnie dorzucili do całej historii grubą czcionką Covida, ale cóż, tak to już to widocznie działa.

I im więcej tego czytałem, tym bardziej przekonywałem się o zbędności moich trzech groszy w temacie. Zwłaszcza że emocjonalnie też nie jest to najprostszy temat do ugryzienia. Bo kiedy człowiek ląduje w kręgu Twoich znajomych – nawet tych dalszych – i przez co stajesz się świadkiem (nawet jeśli głównie wirtualnym) jego zmagań z codziennością, to siłą rzeczy zmienia to perspektywę. I strata kogoś takiego uderza bardziej niż nawet największego idola o którego życiu prywatnym tak naprawdę nic nie wiesz. A Guzik wszedł w ten krąg w sposób, którego życzę każdemu kto konfrontuję się z twórcą swojej ulubionej muzyki/filmów.

I tak odwlekałem lub rezygnowałem z tego wpisu aż nagle nastąpił 22 stycznia, dzień 45 urodzin Guzika. Kiedy to uznałem, że ten wpis może być o wiele lepszą laurką urodzinową niż epitafium. Nawet jeśli dość chaotyczną, za co przepraszam – ale w końcu uznałem, że zamiast głowić się nad formą wolę się maksymalnie skupić na treści. Więc oto garść kilku wspomnień i refleksji.

FLAPJACK

Bardzo bym chciał pochwalić się, że poznawałem twórczość stworzonego przez Litzę projektu na biężąco, ale nie byłaby to prawda. Kiedy zaczynali jeszcze wesoło podrygiwałem do densu z niemieckiej Vivy, a granice gitarowego pierdolnięcia wyznaczały trójmiejskie ziomki Guzika z Blendersów. Z czasem mi się polepszyło, bo wymieniłem Bravo i komiksy na Machinę, Brum i Tylko Rock, więc i nazwa Flapjacka pojawiła się na radarze. To był też czas, kiedy polski matrix na tyle długo się popsuł, że w telewizji można było zobaczyć fragmenty koncertów Flapa czy teledysk do „Whooz Next”. Ale na prawdziwe zapoznanie się z twórczością musiałem poczekać aż do liceum – i być może nawet wtedy by się to nie dokonało za sprawą mej dwa lata starszej Siostry, bedącej też dwa kroki do przodu jeśli chodzi o rozwój gustu muzycznego.

Jak powszechnie wiadomo, fani Flapjacka dzielą się na fanów dwóch pierwszych albumów i fanów „Juicy Planet Earth”. I chociaż szczerze kocham cały koncept wokół „Fairplay” i przewałkowałem ten album wzdłuż i wszerz, to zdecydowanie przypisuję siebie do tej drugiej grupy. Dam się za tę opinię pokroić: uważam „JPE” nie tylko za jedno z najlepszych dokonań w historii polskiej gitarowej muzyki, ale za album, który absolutnie może stawać w szranki ze światowymi dokonaniami w dziedzinie alternatywnego metalu – ba, na swój sposób składający się na jedyną słuszną definicję tego gatunku, który z czasem zaczęto traktować jako synonim nu metalu. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ten album wciąż nie doczekał się takiej nobilitacji jaka stała się udziałem np. Kobonga. To nie jest album dobry „jak na polskie warunki” – na perfekcyjny angielski akcent Guzika zwrócono uwagę nieraz ostatnio, ale na światowość tego albumu składa się brzmienie, którego nie powstydziłby się Ross Robinson w swoim prime-time’ie. No i kompozycje. O ile poprzednie albumy Flapa określa się mianem Litzowo-Ślimakowych, tak dowództwo przy tworzeniu „JPE” przypisuje się głównie Guzikowi, dla którego hc/metalowe ramy poprzednich albumów – chociaż odnajdywał się w nich idealnie – były zwyczajnie za ciasne. Co miało znaleźć jeszcze dosadniejsze potwierdzenie w kolejnym projekcie.

 

HOMOSAPIENS

W poprzedniej części wpisu zrobiłem shoutout dla prasy sprzed lat, tutaj zaś wspomnijmy Radiostację (której zresztą szefem był wspomniany wcześniej Paweł Sito), najwspanialszą rzecz jaka się pojawiła na falach radiowych w Polsce. (Do pewnego czasu) radio bezkompromisowe, które nie bało się wylansować na hit tak dziwnego utworu jak „Ricardo”. Utwór który na swój sposób trolluje format singlowego hitu, gdyby nie to że powstał w latach gdzie trolle kojarzyły się wciąż wyłącznie ze światem fantasy. Pochodził on zaś z debiutanckiego albumu nowego, w pełni autorskiego projektu Guzika – Homosapiens (chociaż na pokładzie byli też inni kapitalni muzycy, do dzisiaj obecni w branży – jak Pat Stawiński czy Jacek Kulesza). Album ten zwał się „The Wheel” i najwspanialsze było w nim to, że były na nim utwory jeszcze lepsze od „Ricardo” – jak „Observing The Hell”, „Cozi” czy tytułowy. Wydany przez firmę-krzak namieszał na tyle, że zwrócił uwagę jednego z majorsów, BMG i ich nowego sub-labelu dla szeroko pojętej alternatywnej muzyki. Znaleźć się w towarzystwie Ścianki, Cool Kids Of Death czy Smolika brzmi jak bilet do długoletniej admiracji krytyków i fanów. Niestety potoczyło się zgoła inaczej i drugi album Homosapiens „Big Frank” okazał się jednocześnie ostatnim, a po wszystkim pozostały smutne konstatacje na łamach prasy, że nie zarobili na projekcie ani złotówki. Absolutnie nie twierdzę że jest to arcydzieło na poziomie „Dni Wiatru” czy „Uwaga! Jedzie Tramwaj”. Ale tak, jestem w stanie podpisać się pod stwierdzeniem, że album ten wyprzedził swój czas – bo dziś, w dobie Offów, Spring Breaków i generalnie boomie na polską muzykę byłby to album który ścigałby się w blogosferowych i fanpejdżowych rankingach. A „Elephant” słusznie uznawany za jeden z najlepszych polskich utworów 21 wieku.

 

26 listopada 2003

Jednym z ulubionych zjawisk dla fana muzyki – zwłaszcza starszego, a najlepiej takiego z rockowym wąsem – są tzw. reuniony. Kilka takowych przeżyłem, ale do dzisiaj najmilsze mrowienie na sercu czuję na wspomnienie wieści o powrocie Flapjacka. Nie aby chłopaki byli śmiertelnie skłóceni jak Pink Floyd – ale jednak w mym wciąż nastoletnim, idealistycznym umyśle ten powrót wydawał się niemożliwy. A jednak. Pierwszy koncert na trójmiejskiej ziemi w gdyńskim Uchu, moim ulubionym muzycznym miejscu na ziemi w tamtej dekadzie. Jak ja na ten koncert czekałem! Zwłaszcza że był to powrót w oryginalnym składzie, z Robertem „Pojawiam-się-i-znikam” Friedrichem w składzie. Przyznam szczerze, że nie pamiętam czy to już na tym koncercie czy kilka lat późniejszym w tym samym miejscu pojawił się drugi bass w składzie, niemniej pomysł okazał się strzałem w sam środek tarczy. Niestety odkryłem właśnie, że nie przetransportowałem recenzji tego koncertu z poprzedniej wersji bloga. A szkoda. Kiedyś usłyszałem taką tezę, że najlepsze koncerty to takie, z których pamięta się jak najmniej. I w moim przypadku by się zgadzało. Pamiętam emocje, migawki, ale przypuszczalnie nawet tydzień po koncercie nie pamiętałem tracklisty. A co dopiero po 18 latach. Gdzieś jednak świta, że było bardziej juicyplanetearthowo niż fairplayowo.

Co zresztą miało się zmienić na przestrzeni lat. Dwa ostatnie koncerty Flapjacka na których byłem odbyły się w 2011, relacje z obu w archiwum. Jeden solowy w nieistniejącej już Nowej Republice, drugi jako support przed reaktywowanym Illusion w Ergo Arenie przed kilkunastrokrotnie większą publiką. W obu przypadkach odczucia dosyć podobne, z dominującym faktorem dyskomfortu. Oczywiście byłem w tym odosobniony – bo wiem że wielu z otwartymi ramionami przywitało powrót do wcześniejszego brzmienia, z ukorowaniem w postaci (dla mnie dość średniej) płyty „Keep Your Heads Down”. Dla mnie to był regres – o tyle dobijający, że w pełni świadomy. A w zestawieniu z koncertami Illusion i Tuff Enuff, których twórczość też w moim odczuciu nie zestarzała się jakoś urodziwie, stanowiło to pokazową wręcz lekcję „jak zostawić przeszłość w przeszłości”. I najbardziej mi było szkoda w tym wszystkim Guzika właśnie, który mam wrażenie że schował przynajmniej część swoich ambicji do kieszeni. Jednocześnie paradoksalnie utwierdził się podziw do jeszcze jednego aspektu stanowiącego o unikalności jego osoby jako artysty – bo nie wiem czy jest drugi taki przypadek (nie tylko w Polsce!) wokalisty czy w ogóle muzyka, który okupowałby terytoria zarówno szeroko pojęte metalowe (z głównymi punktami w postaci HC, alt metal, groove metal i, niech będzie, nu meta) i alt-rockowe, brzmiąc w obu przypadkach równie autentycznie. Swoista schizofrenia którą w Guziku uwielbiałem. Szerokie horyzonty, obejmujące Suicidal Tendencies, Eels i MF Dooma to jedno, ale inkorporować wszystkie te inspiracje do własnej muzyki to już wyższa umiejętność.

 

Styczeń 2017

Mówi się że lepiej nie spotykać swoich idoli. Pracując w branży muzycznej mogę potwierdzić słuszność tej tezy – sam może wielkich rozczarowań nie przeżyłem, ale takowe widziałem. Dlatego miałem ogromne obawy przed spotkaniem z Guzikiem. Zwłaszcza że powód spotkania był biznesowy a nie fanowski. No ale jak, będę prosił o podpis na dokumentach i nie wspomnę słowem o tym, jak bardzo jestem wdzięczny za muzykę którą dał światu? Koniec końców spotkanie które miało trwać tyle ile stygnie ramen (swoją drogą żałuję, że nigdy nie miałem okazji przekonać się o umiejętnościach Guzika-kucharza) rozciągnęło się do kilku godzin rozmowy, która być może w innych okolicznościach, na innym etapie życia byłaby zalążkiem przyjaźni. Tu skończyło się „miśkiem” na pożegnanie, głównie internetowym późniejszym kontaktem, a przede wszystkim wdzięcznością wobec losu – że super-artysta okazał się też być super-człowiekiem, z na maksa podkręconymi gałkami empatii, szczerości i ogarnięcia życiowego, nawet jeśli lekko podlanego goryczą. W pełni zresztą zrozumiałą, stąd też po części nasze spotkanie było. Niestety, po raz kolejny okazało się że nie można odkładać rzeczy na później. Zacytuję jednak wspaniałą puentę z artykułu Pawła Sito.

Na koniec wiadomość radosna: nadchodzą czasy Flapjacka, Homosapiens i Grzegorza Guzińskiego. Nadeszło przygotowane muzycznie i mentalnie pokolenie, które jeszcze nie wie, jak bardzo swoją muzykę ma na wyciągnięcie dłoni. Szkoda, że już nie pogada o niej z jej twórcą. 

Mogę tylko dodać – szkoda, że nie pogada z jej twórcą nie tylko o tej muzyce.

Wszystkiego Najlepszego z okazji urodzin Grzegorz, mam nadzieję że do zobaczenia w drugiej połowie meczu.