Tool – Fear Inoculum
wydawca: Tool Dissectional
Patrząc przez pryzmat tego, że recenzje muzyczne powinny służyć przede wszystkim temu, by ktoś ufający gustowi recenzenta wiedział czy warto poświęcać cenny czas na własnouszne przesłuchanie albumu (10 lat temu doszłoby do czasu kwestia poświęcenia pieniędzy, na szczęście w erze streamingu ten problem sie ulotnił) – pisanie recenzji „Fear Inoculum” prawie pół roku po premierze nie ma najmniejszego sensu, zwłaszcza że powiedziano o nim absolutnie wszystko. Tyle że primo: recenzowanie nowych wydawnictw nigdy nie było celem tego bloga, secundo: zakładam – a wręcz mam nadzieję – że nikt nie kieruje się moim schizofrenicznym gustem. No i dochodzi też kwestia trzecia, być może najważniejsza – mowa tu o zespole, który wciąż jest moim numerem jeden. Choć gust się wciąż zmienia, a percepcja zupełnie inna wraz z mijającymi latami i zwiększającą się liczbą przesłuchanych artystów, piosenek, albumów, dźwięków. I dzisiaj jestem więcej niż przekonany, że Tool nigdy nie był najlepszym zespołem świata. Ale był, jest i będzie zespołem dla mnie najważniejszym. Kropka. I z tego powodu zwyczajnie jestem „winien” samemu sobie recenzję „Fear Inoculum”. Nawet jeśli jest to album, który najdobitniej pokazuje dlaczego zwyczajnie nie należy się temu zespołowi miano wybitnego.
Prawdę powiedziawszy, to przymierzałem się do napisania tego wpisu od kilku miesięcy, mając nadzieję że będzie miała ona bardziej pozytywny wydźwięk. Finalnie jedyne co ten okres dał to refleksja, że relacje z muzyką w pewnych kwestiach przypominają związki. Oczywiście, miłość pojawia się z czasem – i takie uczucie, w obu przypadkach, jest najlepsze bo najtrwalsze. Ale jeśli od początku „relacji” nie ma absolutnie żadnych fal, to najprawdopodobniej ich już nie będzie. I lepiej teraz to napisać i mieć to wreszcie z głowy – mój związek z „Fear Inoculum” nigdy nie wypali i już nawet dalej nie próbuję.
Oczywiście, że poprzeczka zawieszona była wysoko. Bo nawet jeśli „10,000 Days” już mocno nadszarpnął wizerunek „Radiohead alt metalu” (lol), to przecież z tyłu cały czas rezonuje wszystko co wydane do „Lateralusa” włącznie. Natomiast nie przywiązywałbym aż takiej wagi do aspektu „13 lat wyczekiwania” – choćby dlatego, że już wszędzie o nim czytaliście. Dla mnie o wiele ważniejsze niż to, ile czasu świat czekał na ten album jest to, w jakim momencie go doczekał.
Bo powiedzieć, że rock – zwłaszcza ten z przedrostkiem hard – stracił na znaczeniu, to jak nic nie powiedzieć. W majorsach jedyne metalowe zespoły to kombajny o wieloletnim stażu pokroju Metalliki albo zespoły, przy których obie strony czekają na spokojne wypełnienie kontraktu. Ciężkich gitar nie ma ani w podsumowaniach krytyków ani wśród headlinerów ponadgatunkowych festiwali, ani na rozdaniach nagród (chyba że mówimy o sprofilowanych na gitary magazyny/festy/nagrody). I jeśli taki Jonathan Davis mówi całkiem serio, że jego Korn, Deftones i Limp Bizkit to były ostatnie ważne zespoły metalowe, to ja uważam że to być może najmądrzejsza rzecz, jaką powiedział ten człowiek w mijającej dekadzie. Oczywiście mówimy wyłącznie o aspekcie komercyjnym – ale to jest najprawdziwszy fakt, że przełom wieków i popularność nu metalu to był ostatni moment, kiedy relatywnie mocniejsze granie rywalizowało jak równy z równym z raperami i popem – na MTV, na listach Billboardu, na soundtrackach. Rywalizację oczywiście koniec końców przegraną.
I kiedy w takich okolicznościach ukazywał się „Lateralus”, jego autorzy byli witani jak bogowie – zwłaszcza że większość ze sprawujących wtedy rządy zespołów (włącznie z Fredem Durstem, fo’ real) wskazywało na Toola jako na Stwórców wszystkiego, zespół który szóstego dnia dał metalowy groove, a siódmego powłóczyste wokale łączone z krzykiem (rapowanki to już działo szatana). Ale i nawet bez tego kontektu „Lateralus” się bronił – bo to nie tylko wciąż najlepsza kolekcja Toolowych melodii, ale też po raz kolejny zaskoczyli, tym razem inspiracjami prog rockiem lat 70tych.
Niestety dokładnie te same inspiracje, plus brak jakichkolwiek innych nowych, sprawiły, że kiedy 5 lat później ukazywał się „10,000 Days”, Tool jawił się potworem takim jak Pink Floyd, Led Zep czy Genesis w roku ’77. Tyle że zamiast Sex Pistols czy The Clash kamieniami w niego rzucali bohaterowie nowej rockowej rewolucji pokroju Arctic Monkeys czy Kings Of Leon. I jestem przekonany, że któryś z muzyków zespołów które rządziły w 2006 roku miał w szafie własnoręcznie zrobiony t-shirt z napisem „I hate Tool”.
Śmiem jednak twierdzić, że nawet te okoliczności sprzed 13 lat były bardziej sprzyjające dla Toola niż obecne czasy. Czasy, kiedy muzykolodzy i poważani recenzenci pochylają się nad nowymi pop produkcjami Taylor Swift czy Ariany Grande (zresztą słusznie, bo to świetna muzyka, a to że ta pierwsza przegrała walkę o top Billboardu z „Fear Inoculum” to krzywda większa niż Kanye West przerywający podziękowania), a autotune stanowi instrument jak każdy inny. A przede wszystkim są to czasy, gdzie zbiór piosenek składa się na playlistę, a nie album. Innymi słowy – czasy, w których absolutnie nikogo (poza ludźmi nieuleczalnie chorymi na rocka) nie obchodzą Albumy Rockowe.
Oczywiście skrajnym debilizmem byłoby oczekiwać, że Tool wyda album „na czasie”. Tylko co innego wydać album będący ponad trendami, bez jakiejkolwiek daty ważności (nawet „10,000 Days”, jakby bardzo się uprzeć, można zaliczyć do tej kategorii), a co innego wydać coś, czego przeterminowanie aż razi po uszach.
Naprawdę, krwawi serce, kiedy widzisz jak zespół w którego innowacyjność, mądrość wierzysz, na przekór wszystkim zarzutom o „przehajp”, stał się własną karykaturą, więcej – zespołem memem. I nie masz żadnych argumentów które pozwoliłyby stanąć w obronie. Tak, wciąż nie napisałem nic o muzyce. Tyle że co można pisać o piosenkach, które brzmią jak powstałe z generatora piosenek Toola? Oczywiście, własne brzmienie to rzecz świetna i święta – o ile nie jest ono celem samym w sobie. Odpuściłem sobie jakiś czas temu czytanie recenzji „Teraz Rocka”, bo z całą sympatią dla redaktorów – rozkładanie na czynniki pierwsze piosenek których być może sami kompozytorzy nie rozróżniają ma dla mnie tyle sensu co analizowanie smaku wody z kranu. Nie chciałbym więc robić tego samego przy „Fear Inoculum” – chyba że kogoś naprawdę urządza informacja, w jakim metrum są grane riffy i kiedy wchodzi crescendo. O wiele ciekawsze mi się za to wydaje, że taki początek „7empest” ociera się o autoplagiat „Vicariousa”. I niestety nie jest to odosobniony moment.
Być może najgorsze jest to, że tę katastrofę dało się – jeśli nie uniknąć – to przynajmniej przewidzieć. Bo kiedy po czerwcowym koncercie minęła pierwsza podjarka nowymi piosenkami zacząłem mieć w głębi serca nadzieję, że przedstawiono wtedy „Descending” i „Invincible” w nieskończonej formie (naiwne, biorąc pod uwagę że było to 2 miesiące przed ogłoszoną już premierą albumu) albo że są one niereprezentatywne dla całości. Na początku sierpnia wyszedł track tytułowy, który pokazał że może rzeczywiście taki był plan na nowe piosenki – długie, bez melodii i bez większego sensu. A mimo to człowiek się łudził, że będą to wyjątki – choć de facto znana już była połowa albumu. Z dzisiejszej perspektywy nawet medialne wypowiedzi członków zespołu zdają się krzyczeć, że jest problem. Jasne, wielbiciele teorii o największych dziełach rodzonych w bólach znajdą mnóstwo przykładów na poparcie tezy. Ale jeśli członek zespołu otwarcie mówi że tworzenie albumu to masakra, bo każdy ciągnie w swoją stronę to to nie brzmi jako zachęcająca zapowiedź albumu. Umówmy się – opcja wieloletnich batalii sądowych też nie brzmi jak coś wielce motywującego.
Czy przy tym wszystkim da się wskazać konkretnych winowajców? Na pewno można powiedzieć, że sekcja rytmiczna potwierdza że mamy do czynienia z fachowcami – nawet jeśli tę perkusyjne solo w „Chocolate Chip Trip” znajduję totalnie zbędnym. O ile ktoś nie jest fetyszystą i w muzyce chodzi mu przede wszystkim o Muzykę, to uszy będzie miał jednak zwrócone w pierwszej kolejności na tandem wokalista & gitarzysta. A tu… Oczywiście tak krawiec kraje, jak mu materii staje i być może nawet Freddie Mercury nie miałby pomysłu na wokale do takich podkładów. Nie kupuję natomiast argumentu o ograniczeniach wokalnych wynikających z wieku – album A Perfect Circle wyszedł zaledwie rok temu, a śmiem uznać że wokale na „Eat The Elephant” są milion razy ciekawsze i bardziej różnorodne nić na „FI”. Ale ok, przyjmijmy że sporo się zmieniło przez czas między nagraniem wokali do obu albumów. Jak natomiast – bożesz ty mój, JAK – wytłumaczyć fakt, że na całym 80minutowym albumie rockowym nie ma ANI JEDNEJ interesującej zagrywki gitarowej? Możliwe jest, że Adam Jones całkowicie stracił kontakt z bazą – jeśli to on jest dodatkowo odpowiedzialny za wybór okładki i zastosowany na niej font. Może nawet lepiej, że nie powstał dotychczas żaden teledysk promujący album, mogłoby nie starczyć żył do podcięcia.
„A może zwyczajnie wyrosłem z muzyki tego zespołu?” Zadawszy to pytanie odpaliłem „This Is Tool” (żeby mieć większy przekrój przez dyskografię) i jednak nie – to są wciąż świetne piosenki, broniące się do dzisiaj pomysłowością, oryginalnością, w przypadku „skitów” (to co trafiło na „FI” całe szczęście jest dostępne wyłącznie cyfrowo) – humorem, a przede wszystkim – MELODIAMI (śmiem twierdzić, że to ostatnie to jedyny apekt, który broni „10,000 Days” całkiem nieźle, czego wcześniej nie dostrzegałem). Zakończę ten jednak całość odrobinę pozytywniejszym tonem – „Fear Inoculum” to świetna, godna polecenia rzecz, jeśli potrzebujesz odtrutkę na współczesny świat, bo słychać że stworzona została przez ludzi, którzy nienawidzą współczesności. Rzecz w tym, że ja zwyczajnie lubię otaczający mnie świat – a przynajmniej ten muzyczny/popkulturowy/technologiczny i mam nadzieję że nigdy nie będę na tyle zdesperowany żeby próbować uciekać do świata „Fear Inoculum”.
najlepszy moment: –
ocena: 4/10
