rageman.pl
Muzyka

Pearl Jam – Backspacer

rok wydania: 2009

wydawca: Monkeywrench

 

no i znow bedzie o calkiem swiezej plycie. no ale to Pearl Jam. kolejnypo Hey’u zespol, ktory mi towarzyszy niemal od zawsze.

mialem obawy przed odsluchem tej plyty. kazdy w koncu wie, ze najlepsze lata panowie maja juz za soba. wiecej – niektorzy twierdza, ze od jakichs 10 lat zaliczaja regularne wtopy. i niestety, jestem w stanie sie pod tym podpisac. powstaly w tym okresie „Riot Act” wyjatkowo lubie, choc to bardzo ciezka znajomosc, musze przyznac… i przyznam, ze pierwszy kontakt z „Backspacer” byl rozczarowujacy. „znow nie wyszlo”. kombinuja, staraja sie, ale znow wyszlo jak zawsze. ale to bylo, hehe, iles tam godzin temu i jeszcze wiecej odsluchow temu (plyta trwa tylko 36 minut). i teraz stwierdzam – jest Z A J E B I S C I E. a moze byc juz tylko lepiej.

you see, przyznam szczerze, ze nie traktuje ostatnio Muzyki najlepiej. poznaje jakis nowy album tudziez odswiezam go sobie na nowo i do domu. w sensie, na poleczke. zadnego przyzwyczajania sie do piosenek, walki itepe itede. wiem, tak nie powinno sie robic, ale coz, zwalam to na postep cywilizacyjny. coraz wiecej ludzi na swiecie, czyli coraz wiecej muzykow do grania, czyli coraz wiecej plyt. a ogarniac co sie dzieje trzeba. byc moze dlatego – w skali makro – najwieksze tryumfy swieci coraz to prostsza muzyka pokroju Lady Gaga czy Kate Perry. a w skali mikro… no nie ukrywam, mnie tez pociaga coraz wieksza prostota w muzyce. ale z Pearl Jam’em jest inaczej. Pearl Jamowi trzeba dac szanse wielokrotna. bo z doswiadczenia wiem, ze najbardziej cenie sobie w ich repertuarze te plyty, ktore nie spodobaly mi sie zupelnie za pierwszym razem. i znow sie to podejscie oplacilo.

z drugiej jednak strony… kurcze, jak ja ich kocham za to, ze poszli mi na reke. ze w czasie, kiedy robi mnie takie proste, optymistyczne czy tez – ok, nazywamy rzecz po imieniu: popowe granie, oni stworzyli wlasnie taka plyte. pierwszy odsluch to bylo cos na zasadzie: eeeee, co to za nedzny poprock, niech sie zdecyduja po ktorej stronie barykady chca byc. pop bez popowych melodii. ale nie, ich jest mnostwo. tylko trzeba ruszyc glowka.

okej, a teraz juz konkretnie. zacznijmy od kawalka, ktory dal poczatek zarowno tej plycie, jak i memu uczuciu do niej. „The Fixer”. czyli singiel, ktorego jednak nie mialem okazji wczesniej zapoznac. ale w tym przypadku to bylo uczucie od pierwszego wejrzenia. numer typu az-chce-sie-zyc. kapitalny, wrecz handclapowy rytm (no zgadnijcie, kto odpowiada za autorstwo tej piosenki? MATT MUTHAFUCKIN’ CAMERON!), slodziutki wokal Veddera (na tyle, ile slodki moze byc wokal Edzia oczywiscie), rozbrajajacy swa prostota tekst po linii „Wishlista” no i to refrenowe jeeeeejeeeejeeeee… jak to sie mowi – samoprzylepny utwor, zostajacy w banii na wieki. jesli to jest pop a nie rock, to ja w dupie mam rock, chce byc mianowany maniakiem popu.

podobnego dreszczu dostarczaja jeszcze dwa tracki, ktore jednak stoja po troche innej stronie barykady niz „Fixer”. bardziej jednak rockowej. „Got Some” to najagresywniejszy w swej wymowie numer z calosci. cos na ksztalt singli z mocno nieudanego poprzednika sprzed 3 lat. choc moznaby nawet porownac do „Save You”, a kurcze… pod wzgledem jakosci to jakis nawet nie az tak daleki krewniak „Rearviewmirror”. trzeci moj ulubieniec to zas „Force Of Nature”. najkrocej rzecz ujmujac – taki troche weselszy „Light Years” z „Binaurala”. az mozna zwizualizowac sobie wykon tego na koncercie, uczucie bezgranicznej milosci, wolnosci i beztroski, jakie dostarczaja tylko szanty i tego typu numery Pearl Jamu. heh.

a pozostale osiem piosenek? otwierajacy calosc „Gonna see my friend” panowie z PJ ponoc zartobliwie okreslaja „ich pierwszym grunge’owym utworem”. i zarty zartami, ale nie jest to az tak glupie. bo rzeczywiscie, mocno to traci Mudhoney’em jakims. a dla wielu przeciez grunge to bardziej punk niz metal czy hardrock, ktorymi mocno przeiakniety byly PJ, AIC czy Soundgarden. „Johnny Guitar” to bliski krewny „Gonna see my friend” czy „Hail Hail”, z fajna atmosferyczna wstawka w srodku numeru. „Supersonic” to zas totalnie oldskulowy rock and roll. jakis Little Richard czy cos… dalej: „Amongst The Waves” intryguje refrenem tak Pearl Jamowym, ze juz bardziej sie nie da. wiecie, „Im Hiding”, „Given To Fly”, czlowiekowi az chce sie latac… badz surfowac.

powyzszy akapit dotyczy grupy utworow, ktore moznaby okreslic mianem fajne-ale-nie-az-tak. sa jednak tez utwory, ktore zupelnie mnie nie przekonuja. „Unthought Known” ma cos, za sprawa klawiszy, przestrzennej atmosfery i patosu z U2, ale forma zbyt przeslania tresc. podobnie rzecz ma sie ze „Speed Of Sound”. ladna aranzacja, ale brak w tym jak dla mnie Piosenki. totalnym przeciwienstwem jest zamykajacy calosc „The End”. to juz tylko Vedder, gitara i jakies delikatne smyki w tle. klimat ciut jak na solowce Eddiego „Into The Wild”. i jedynym problemem tej piosenki jest to, ze konczy plyte. przez co automatycznie nasuwa sie skojarzenie z „Indifference” czy „Around the bend”. ktorego to porownania oczywiscie nie wytrzymuje. no i jest jeszcze typowany na kolejny singiel „Just Breathe”. o ktorym wciaz nie wiem co sadzic. niby ballada, niby ujmujaca, ale tak balansujaca na granicy kiczu, ze az glupio.

no ale kurcze, trzy numery juz mnie totalnie rozwalaja, a pozostale osiem zdecydowanie nie zasluguje na skreslenia, a kto wie – moze z czasem je pokocham. no i generalnie dochodzi poczucie, ze zespol znow tworzy na luzie. ze ciesza sie z grania. ze juz nie graja, by wyrzucic z siebie wkurw na prezydenture Busha. koncowa ocene wystawiam z mocna rezerwa, ale juz teraz moge to powiedziec -zdecydowanie najlepsza plyta od czasu „No Code”. brzmi fajnie, co nie?

no i ciesze sie, ze pomogli mi znow, chocby na chwile, pokochac rocka na nowo. dzieki Perldzemie.

 

najlepszy moment: THE FIXER

ocena: 8/10

Leave a Reply