rageman.pl
Muzyka

Gods of Rap 2019 Tour

gdzie: Parkbuhne Wuhlheide, Berlin

kto: Wu-Tang Clan, Public Enemy, De La Soul, DJ Premier

 

Uffff, wreszcie o czymś co nie ma absolutnie nic wspólnego z Davidem Lynchem.

Generalnie nigdy specjalnie nie miałem potrzeby wyprawiania się za granicę w celu zobaczenia koncertów ulubionych wykonawców, nawet wtedy kiedy ci systematycznie omijali nasz kraj. Dopiero ostatnimi czasy, trochę w ramach odhaczania doświadczeń zanim zejdę z tego świata, zacząłem rozważać opcję wyjazdu na jakiś mniej lub bardziej legendarny fest typu Lollapalooza czy Rock Am Ring. Odpuściłem jednak kiedy zobaczyłem biedotę line-upów tegorocznych festiwali. W sensie – no nie moja bajka, bo zakładam że ktoś żyjący aktualnymi trendami jest wniebowzięty. Tyle że już dawno przestało mi zależeć na słuchaniu muzyki aby być na bieżąco, tylko aby sprawiała mi ona przyjemność, nawet jeśli słyszę ją już enty raz.

Dlatego też poczułem strzał ekscytacji kiedy mój ziomeczek (jeszcze raz dziękuję Rafał!) zaproponował mi trip do Berlina na koncert trasy Gods of Rap. Nie aby skład był wyjątkowo unikalny, również dla polskiego koncertowicza. Wszystkie te składy gościły minimum raz na ziemi polskiej, Wu-Tang nawet zawita jeszcze w tym roku na Śląski Fest Festival. Zawsze mnie jednak z jakichś powodów omijały te koncerty. Poza tym podejrzewałem, że taka konfiguracja zespołów zaowocuje czymś więcej niż po prostu koncertowym przeglądem zespołów. I nie myliłem się – to było najprawdziwsze święto Rapu, w jego fundamentalnej – a niektórzy powiedzą nawet że jedynej słusznej – odsłonie.

Zatem od początku. Niespecjalnie wierzyłem w zapewnienia kumpeli mieszkającej swego czasu w Berlinie, że Niemcy mają obsesję na punkcie punktualności, także w kontekście organizacji koncertów. W sensie nie abym wierzył że porzucili już swoje Ordnung-muss-sein, ale przecież mowa o evencie zdominowanym przez Afro-Amerykanów. A kto raz był na koncercie rapowych gwiazd zza Oceanu ten wie, że mają oni dość liberalne podejście do time-table. A jednak – równo o 19.00 zaczął koncert De La Soul, kiedy dopiero przybywaliśmy do amfiteatru (o którym za chwilę, bo warto temu miejscu poświęcić osobne zdanie).

Nikt chyba nie ma wątpliwości, że wszystkie składy występujące tego wieczoru najlepsze lata mają za sobą, tak artystycznie jak i komercyjnie. Tym czym mieli się zasłużyć już się zasłużyli, teraz już mogą spijać śmietankę, co jakiś czas wydając nowe albumy dla najwierniejszych fanów. Trudno nie odnieść wrażenia, że z De La Soul czas się obszedł najmniej łaskawie, stąd taka a nie inna pozycja w line-upie. Na pewno nie pomógł fakt, że w pewnym momencie wręcz musieli rozdać swoje stare albumy za darmo – to jest ta ciemna strona walki o prawa autorskie, która zabiła kulturę samplingu, a której to twórczość De La Soul była znacznym beneficjentem. Nieprędko więc też zobaczymy ich na Spotify’u czy ogólnie w streamingu, a niestety żyjemy już w takich czasach, że jak nie ma cię tam to nie ma cię nigdzie, dla nowej generacji fanów nie istniejesz. A szkoda, bo DLS dali naprawdę równy, konkretny koncert, a rzekłbym nawet że najuczciwszy, biorąc pod uwagę to co wydarzyło się później tego wieczoru. Były klasyki – mniej („Stakes Is High”, „Oooh”) lub bardziej („Me, Myself & I”, „Ring Ring Ring”) oczywiste. Była dedykacja dla nieodżałowanego J Dilli. Był bez zarzutu kontakt z publicznością. Było nawet wymuszenie na publice dostarczenia na scenę krążącego w tłumie kosza z… preclami.

I tu możemy przejść do okoliczności koncertu aka „czym się różnią gigi w Niemczech od tych w Polsce”. O punktualności wspomnieliśmy, podobnie jak o amfiteatrze – pięknie biały, otoczony równie piękną parkową zielenią, a to wszystko podkręcane jeszcze wyjątkowo tego dnia dopisującą letnią pogodą. No, piknik normalnie, w rytmie rap. Z prowiantem w postaci precli – wyobrażacie sobie, by na koncercie w Polsce dostępne były oscypki? Oczywiście na tym gastro repertuar się nie kończył – stoisk z żarciem i napojami było od groma. Ale co ważne – piwo można było kupić nawet bez ruszania się z miejsca na widowni, bo sprzedawcy piwa lanego z „plecaka” krążyli nieustannie. Dlaczego u nas jeszcze takiej opcji nie wprowadzono? Kolejne z tych pytań dotyczących polskich realiów, na które nigdy nie poznamy odpowiedzi…

Godzina 20.00 i ruszamy z kolejnym koncertem. Public Enemy. A właściwie – Public Enemy Radio. Czyli odchudzony ciut skład, w tym o Flavor Flava. Wiadomo, że niekwestionowanym najważniejszym elementem tej układanki był i jest Chuck D, który był obecny na tym koncercie w każdym ruchu i wyrapowanym słowie – z wszystkich osobników którzy gościli tego wieczoru na scenie jego najmniej bym podejrzewał o chęć wybrania się na emeryturę. A jednak czegoś mi w tym koncercie zabrakło. I nie wiem czy to kwestia braku Flavy, który jest – poza paroma piosenkowymi wyjątkami – tylko hype man’em… a może właśnie aż? Zwłaszcza że to właśnie na koncertach taka postać jest najbardziej potrzebna. Nie pomogło też brak jakiegokolwiek napomknięcia o charakterystycznym koleżce z wielkim zegarem uwieszonym na szyi (chociaż to nie było tak bezczelne jak w przypadku koncertu Wu, ale o tym za chwilę). Wiem że ci pseudo-tancerze w bojowych mundurach składają się od zawsze na „filozofię Public Enemy”, ale jednak w 2019 roku, w czasach gdy także sztuka koncertowej prezencji poszła mocno do przodu przez te wszystkie lata, ich obecność na scenie trąci mocno myszką i wydaje się być całkowicie zbędna. No i na sam koniec – samo wykonanie utworów nie porywało. Bo na papierze wyglądało to wspaniale, było wszystko co potrzeba. Ale w praktyce miałem wrażenie, że zanim jakiś utwór na dobre się rozegrał, przechodzono już do następnego. W tym kontekście rzeczywiście trafili z nazwą projektu, bo całość przypominała irytujące skakanie po radiostacjach. Summa summarum wygląda na to, że trzeba będzie jeszcze raz wybrać się na Public Enemy – mam nadzieję że już w pełnym składzie, no i w bardziej klubowych warunkach, bo te chyba lepiej służą temu zespołowi.

Zanim o ostatniej gwieździe wieczoru, czas wspomnieć o czwartej legendarnej marce, która gościła na berlińskiej scenie. Bo nawet jeśli ciężko podejrzewać że ktoś ze zgromadzonych specjalnie kupił bilet by zobaczyć jak DJ Premier puszcza kawałki innych, to przecież tutaj też mieliśmy do czynienia ze spełnieniem marzenia niejednej osoby. Legenda rozgrzewała publikę między koncertami tak, jak można by oczekiwać od jednej z najsłynniejszych osób w branży hiphopowej posługującej się tytułem DJa. Czyli najwyższa jakość. A wystarczyła do tego wyborna selekcja hitów mniej lub bardziej znanych z bogatej historii rapu plus angażująca nawijka. Widok nie do zapomnienia – tysiące ludzi zaczynających skakać przy „Jump Around” House Of Pain. A i było wzruszenie, kiedy poleciał „Full Clip” Gang Starra i zabrzmiał w amfiteatrze głos Guru… nie zdziwiłbym się gdyby się okazało, że i sam DJ Premier w tym momencie się wzruszył.

Czas na grande finale. Usłyszeć na żywo „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)” i umrzeć. I pewnie wiele osób mogło takiego zgona zaliczyć, bo zagrali prawie cały ten album, na dodatek niemal w dokładnie tej samej kolejności co tracklista płyta. No ale właśnie, „prawie”. Początkowa ekscytacja spowodowana odpaleniem „Bring Da Ruckus” i „Shame On A Nigga” powoli schodzi, a zaczyna pojawiać się zaniepokojenie… Wait. Gdzie jest Method Man?

Oczywiście przy tak wielkim kolektywie, gdzie za każdego z raperów większość składów dałaby się pokroić, wyróżnianie jednej osoby byłoby wręcz nietaktem. Ale nie ma raczej przypadku w tym, że to Method Man ma na słynnym debiucie „własny”, zresztą singlowy, utwór (który oczywiście w Berlinie nie zabrzmiał), podobnie jak w tym, że zrobił największą karierę poza macierzystym składem. Nie wkurzyło mnie aż tak to, że nie było MM jak to, że nikt nawet o tym się nie zająknął przez cały koncert! A kiedy słyszysz zapowiedz w stylu „moment na który czekacie, powitajcie najlepszego rapera naszego składu” – i w tym momencie na scenę wchodzi bodajże Cappadonna – to dla mnie to już zakrawa na kpinę z publiki.

I smutne to, bo rzutuje to dość mocno na odbiór całego koncertu, który sam w sobie był wyśmienity. Gdzie poza kultowym debiutem zabrzmiały też i inne klasyki („Gravel Pit”!), jak i solidny przegląd solowej twórczości, w tym krótki tribute dla nieodżałowanego Ol’ Dirty Bastarda w postaci „Shimmy Shimmy Ya” i cudowny „Got Your Money”. Były też krótkie skoki w coverowy bok w postaci „Mary Jane” Ricka Jamesa i „Come Together” The Beatles (gdzie się okazało że genialny rap nie musi iść w parze z genialnym śpiewem). Był popis didżejski, przebijający nawet ten w wykonaniu DJ Lorda z Public Enemy. Było – zresztą przez cały wieczór – pouczanie o „prawdziwym hip hopie”, chociaż na szczęście nie popadający w hejt na to, co się teraz kojarzy z rapem. I normalnie podpisałbym się pod wszystkim co padło ze sceny. Ale wspomniane wcześniej przekręty z Flava i przede wszystkim Method Manem wywołują u mnie niemiłe poczucie, że idea ideą i poza chwalebnym promowaniem historii i kultury hip hop jest tu też sporo ze zwykłego skoku na kasę w wykonaniu starszych panów sfrustrowanych tym, że wypadli z komercyjnego obiegu.

Ale niech minusy nie przysłonią plusów – całość była prawdziwym Świętem Rapu zasługującą na taką a nie inną ocenę. I nie zmienia tego fakt, że wartość tej całości jest dość wyższa niż suma poszczególnych koncertów.

 

najlepszy moment: DE LA SOUL – RING RING RING (HA HA HEY)

ocena: 8,75/10

Leave a Reply