Open’er Festival 2007 (dzień trzeci)
kto: LCD Soundsystem, Bjork, Bloc Party, Indios Bravos i inni
po dluzszej przerwie wasz ukochany korespondent, piszacy aktualnie z krakowa, opowie wam o ostanim dniu open’era. wiec czytajcie:
tym razem w skladzie ja, siostra, przemo i siostry krysztoforskie przybylismy na miejsce o 19.00, wczesniej wchlaniajac dopalacze w postaci browarow. godzina 19.00, wiec tradycyjnie na duzej scenie zaczyna koncert polski reprezentant. tego dnia jest to indios bravos, ktorzy, jesli mnie pamiec nie myli, tym wystepem zadebiutowali na open’erze. i od razu na duzej scenie, no ladnie. no ale w koncu, to juz jest extraklasa polskiej sceny muzycznej. i to bylo widac. po reakcji publicznosci, jak i po samym wystepie muzykow. ostatni raz chlopakow widzialem rok temu na innym festiwalu – hunterfest . tam tez dali fenomenalny wystep, ale jednak byl to jeden z wielu koncertow. tutaj widac bylo szczegolne podejscie do wystepu.
przede wszystkim – sklad osobowy. muzycy w sumie chyba ci sami, instrumentarium takowoz (banach z prawej na gitarze, perkusja i przeszkadzajki, bass no i gutek na wokalu). ale… dawno nie widzialem tylu gosci na jednym koncercie. kogo tam nie bylo… indianie ze swoimi tancami. podskakujacy tomek lipinski w coverze swej brygady kryzys „to co czujesz, to co wiesz”. dziewczyna banacha dziunka na wokalu w dwoch chyba numerach. menago i przyjaciel pawel gawronski w „czasie spelnienia”. no i, co chyba wywolalo najwieksze poruszenie… alicja janosz. beka beka, ale jak w koncu zaspiewala to kapcie opadly. damn, ma jednak dziewczyna glos. a przy tym wyrobila sie i wyglada tak, ze … uh oh. no w kazdym badz razie – to byl specyficzny koncert, podobnie jak fisza i emade rok temu, gdzie tez bylo multum gosci. a numery? wlasciwie bez wiekszych zmian, poza tym, ze dalo sie uslyszec rzeczy nowsze. zreszta przyznam, ze az ttak wielkim fanem IB nie jestem, by znac wszystkie tytuly numerow i ich plytowe pochodzenie. byl piekny „czas spelnienia”, piekne w oryginale, ale koncertowo imho srednio zmodyfikowane „drogi”. „tak to tak”… grejtest hits. tylko w odroznieniu od hunterfestu nie bylo boba marleya i hey’a, co jednak az tak wielka strata nie jest. swietny koncert, jak dla mnie – najlepszy polski wystep festivalu.
20.30. przerwa. czas na zwiedzanie terenu, pogaduszki ze znajomymi ryjami i powrot pod scene glowna przed 21.00 zaraz sie zacznie wystep oslawionych Bloc Party.
diagnoza przed koncertem: sredniawy zespol z paroma killerskimi numerami pokroju „bannquet”. przy czym te numery killerskie pochodza z debiuutanckiego „silent alarm”. koncert mial jednak promowac drugi, slabszy album „a weekend in the city”. ale to nie mialo znaczenia. bo pokoncertowa diagnoza brzmi: ZAJEBISTY zespol z paroma killerskimi numerami. wytworzyc taki show tylko w czteroosobowym skladzie na 2 gitary, bass, perke i plachte z logiem zespolu na tyle to sztuka. oczywiscie najwiecej uwagi zwracal niewatpliwie jeden z charyzmatyczniejszych przedstawicieli nurtu nu-rocka, czarnoskory kele. zaimponowali mi muzyka. zaimponowali mi postawa. nie ma w tym przesady. ultra-zwyczajni kolesie, ktorych moznaby spotkac na ulicy, w klubie, na plazy na najebie. tak z wygladu, jak i z gadki. zero gwiazdorstwa.
najlepsze momenty? najlepszy w ich repertuarze, zagrany w polowie „banquet” po prostu wgniotl w ziemie. drugi moment – „she’s hearing voices”. kele pod koniec numeru nagle zaczyna wpierw wchodzic na rusztowania, by zejsc do publiki/ a tymczasem na scene wtarga… o.s.t.r. nie byl to spontan, bo ten goscinny wystep byl anonsowany wczesniej. niemniej wraenie ultra. nawet jesli slabo byl naglosniony i niewiele bylo go slychac, dopiero na koniec, gdy prosil publike o zrobienie halasu „dla jego przyjaciol z anglii”. pewnie przesadzone, ale… no nie bylo czegos takiego. polski wykonawca z naprawde topowym wykonawca. to nie ciut zapomniany gilmour z mozdzerem. to nie dinozaury ze scorpions z markowskim. topowy artysta z anglii i topowy artysta z polski. na dodatek tak rozni stylistycznie. naprawde szacun. swietny koncert, jestem fanem.
ale najlpesze mialo sie dopiero zaczac. podchodzimy jak najblizej sceny. na scenie juz przygotowania. instrumenty jakies dziwne, flagi lopoczace, lasery… wszysko w kolorowym klimacie grafik z ostatniego albumu „volta”. a z glosnikow na razie leci cos co daloby sie okreslic hmmmm folk japonski? generalnie choroba.
punktualnie o 21.00 gasna swiatla i na scene wchodza muzycy… przede wszystkim zwraca chor ustawiony po prawej stronie, ktorych obranie kojarzyl sie, naprawde nie ylko mi, z teletubisiami. bedzie nie tylko wiec mistycznie, ale tez i sympatycznie. wchodza tez muzycy… a na koncu ONA.
BJOOOOOOOOOOOOOOOORK!!!!!!!!!!!!!
juz nie w stroju labedzie, ktorym nas uraczyla 4 lata temu w Sopocie (wtedy to naprawde pokochalem ta pania z islandii). tym razem dominuje czerwien, pomalowana twarz, generalnie – volta styl. jak zawsze piekna i intrygujaca. solidne uderzenie na poczatek – „earth intruders”, pierwszy „przeboj” z ostatniej plyty. a jednoczesnie numer ktory od razu przyswoilem (z reszta plyty… jeszzcze troche czasu musi minac). pierwsze co rzuca sie w oczy – NA CZYM KURWA CI MUZYCY GRALI??? klawisze rozpoznalem, perkusje tez, ale reszta… hitem sezonu stal sie stol z zetonami jak z kasyna. i to niy wydawalo dzwieki?? no ja pierdole. ale w koncu to bjork.
koncert tym sie rozni od plyt, ze w tym pierwszym przypadku wystepuje cos takiego jak interakcja z publicznoscia. trzeba cos zagaic, powiedziec w jezyku tutejszym i takie szmery bajery. sa wykonawcy, ktorzy tak nie musza. do nich nalezy bjork. gdy spiewa, czuje sie, ze w tym momencie nic innego dla niej nie istnieje. totalne poswiecenie. izolacja, wlasny swiat. dlatego juz nie musi nic mowic miedzy numerami. bo brzmialoby to glupio.
a jednak mowila. i chociaz nie bylo tego wiele, a to, ze byl to polski koncert mozna bylo poznac tylko po tradycyjnym „dziekuja”, to i tak dzieki temu byla blizej publiki niz wieksza czesc open’erowych wykonawcow. choc pewnie ci ktorzy chcieli sie przekonac do bjork mieli inne zdanie. ale to nie byl raczej kierowany do nich ten koncert. chodzilo o tych, ktorzy juz ja kochaja. a bylo ich niemalo.
z drugiej zas strony – nagromadzenie tylu tak ropoznawlanych kawalkow w setliscie moze swiadczyc tez o tym, ze jednak babsi zalapala konwencje festivalowa. serwujemy hity rowniez dla mas.
by the way – bylem juz na paru koncertach, ale jednak nie slyszalem tak przeuroczo wypowiadanego „dziekuja”. ten akcent, ten glosik, ta slodycz z pierwsiatkiem skromnosci i skrepowania. zreszta, po angielsku mowi z podobnym, slodkim akcentem. jesli w ten sposob mowia wszyscy islandczycy, to juz wykupuje bilet na najblizszy lot.
piosenki? wlasciwie przekroj przez dyskografie. bez wiekszego nacisku na promocje ostatniego dokonania, z ktorego uslyszelismy raptem 3 numery. bez kolejnosci chronoglogicznej i jakiejkolwiek, pisze jak leci… „joga” – tak, tutaj autor po prostu padl i kwiczal. spocone oczy i szok dlugo po koncercie. „army of me” – miazga, lasery w ruch, brzmi wrecz przerazajaco. „anchor song” – nietpowo, ale slicznie. „i miss you” – podklad niemal nie do poznania, nic z wesolkowatosci oryginalu. „hunter” – w pewnym momecie z rak babsi wylatuje siec niczym u spidermana. szok. „jestescie moi”. znow lzy – „pagan poetry”, w pewnym momencie cisza i to tak przeszywajace „i love him” i odpowiedz chorkow. ” all is full of love” – blogostan.
bylem ciekaw wykonan numerow z „medulli”. i przyznam, ze przy genialnosci tego albumu, koncertowe aranzacje tych numerow dodaja kolorytu tym numerom. szczegol;nie „pleasure is all mine” zabrzmialo ciekawie. a jeszcze bylo przeciez „vokuro” no i „oceania na bis”. (ahhh, jak mi sie marzyl koncert bjork z goscinnym wystepem mike’a pattona i wspolnym wykonaniem „where is the line?”, po czyms takim moglbym umierac spelniony). a to przeciez jeszcze nie wsyzstko. bo przeciez „hyperballad” ktore wywolalo taneczne szalenstwo, jeszcze „unravel”…
a skoro o tanecznym szalenstwie mowa… na bis zabrzmala jako pierwsza „oceania”. piekna. ale to co sie wydarzylo chwile pozniej…
„declare independence” to juz w wresji studyjnej prawdopodobnie najagresywniejszy kawalek bjork w jej dyskografii. ale na koncercie… ja pierdole po prostu. nie da sie opisac tego szalenstwa. youtube w ruch albo bootlegi, gdzies to znajdiecie. ale to bedzie 1/10000 tego co w babich dolach dzialo sie na czas tego numeru. brak slow.
wlasciwie to juz mogl byc koncert na podsumowanie festivalu. podobnie jak rok temu – plejada brytyjskich i amerykanskich gwiazd, a najlepszy koncert festivalu daje wykonawca z islandii. rok temu niespodziewanie sigur ros, tym razem bjork, co chyba nie bylo juz takim zaskoczeniem. beastie boys na drugim miejscu, choc dla niektorych pewnie bedzie to kwestia dyskusyjna. ale co do bjork nie ma watpliwosci. muzycznie, wizualnie, calosciowo. ocena celujaca.
po bjork znacznie sie towarzycho przerzedzilo, wiec lcd soundsystem mozna bylo obejrzec prawie tuz przy scenie i naprawde bez scisku. i choc nie znalem wczesniej dokonan tegoz bandu, to jednak warto bylo zostac.
instrumentarium rockowe, gitara, bass, klawisze, perka i wokal jamesa murphy’ego z dodatkowym zenskim glosem. dance-punk? brzmi glupio, ale tnaprawde nie da sie inaczej okreslic. taneczne rytmy i transowosc, ale punkowa energia, punkowy attitude, punkowy wokal. no moze bez przesady, crust to to nie byl, ale juz cos z okolic cool kids of death czy sex pistols jak najbardziej. naprawde swietnie. a przy tym na luzie, z dobrym kontaktem z publika, nawet juz tak zubozona. naprawde pyszny deser. choc zaledwie ponadgodzinny.
podsumowanie? BJORK. ale to juz mowilem. Beastie Boys. spelnione marzenia, energia, swietny kontekt z publika (moze nawet az za dobry). Sonic Youth. legenda, noise, hity. trans. Bloc Party. bezpretensjonalnosc, luz, ostr. Muse. spektakularnosc, widowiskowosc, emocje. the roots. kunszt i bob dylan. lcd soundsystem. dance punk i duza pozytywna niespodzianka. dizzee rascal. oldschool klimat i energia. fakt ze na koncu umieszczam groove armade nie swiadczy o tym, ze byl to slaby wystep. na tym festivalu NIE BYLO slabego wystepu. nawet sredniego. co niech stanowi najlepsze podsumowanie tego wydarzenia.
mamy festival z prawdziwego zdarzenia. witajcie w europie, witajcie na swiecie.
do zobaczenia za rok, that’s for sure.
najlepszy moment: BJORK – DECLARE INDEPENDENCE
ocena: 8,5/10
