Open’er Festival 2007 (dzień drugi)
kto: Muse, Beastie Boys, Groove Armada i inni
Elo, dzieciaki. Koncertowych wrażeń ciąg dalszy.
Tym razem niestety pogoda nie dopisała. Już w piątek pod koniec zrobiło się zimno, ale deszczu nie było. A wczoraj – wychodzimy z domu o 16.00, a tu sruuuu. I jak zaczęło padać, to dopiero o 19.00 uznaliśmy, że można by już wyjść. W związku z czym ominął nas występ O.S.T.R.-ego na dużej scenie. No szkoda.
21.00, zaczyna grać pierwsza gwiazda drugiego dnia. Groove Armada. Taneczny kolektyw, ale instrumentarium, przynajmniej w wersji live, jak najbardziej „żywe”. Perkusja, wiosła, klawisze itepe itede. Dużo tego. No i dwa wokale. Żeński i męski, czasem rapowany. Można więc wrzucić do jednego worka z Basement Jaxx. Też elektronicznie, ale nie żadna łupanka, a ambitnie, z pomysłem, z wielorakimi inspiracjami. No i świetne wizualizacje, pokazywane zarówno na bocznych, stałych telebimach (przez co ciężko powiedzieć cokolwiek więcej o wyglądzie wykonawców), jak i na dodatkowym, umieszczonym na scenie. I chciałoby się powiedzieć, że to występ podobny do tego, który Basement Jaxx dali rok temu w tym miejscu. Niestety tak się nie da. Bo tu energia została poskromiona przez wciąż powracający deszcz. Przestało padać tylko, co można uznać za naprawdę ingerencję wyższą, na największym przeboju – „I See You Baby”.
Żal. Bo to naprawdę był świetny występ, ze świetnym kontaktem muzyków z publiką. Przekonali mnie do siebie tym show. Choć z drugiej strony – może i lepiej, że akurat rozpadało się na tym występie, a nie na dwóch pozostałych…
Tak, to miał być występ festiwalu. Anonsowani w końcu jako główna gwiazda i największe wydarzenie. Choć przecież grali w Polsce ponad dziesięć lat temu, więc o elemencie świeżości niby nie mogło być mowy. Ale kto z tych, co byli w Babich Dołach, pamięta ten koncert? No właśnie. Dlatego jednak WYDARZENIE musiało być. I było. Powiem więcej – zakładając, że będzie to mój występ festiwalu, nie spodziewałem się, że będzie AŻ TAK zajebiście.
BEASTIE BOYS!!!
Na scenie – multum instrumentów. No tak, akurat mimo że Beastie Boys to klasyka hip-hopu, to nikt sobie nie wyobraża, by mieli grać tylko przy podkładach z płyt. Oczywiście każdy wie, że sami Beastie grają na tych instrumentach. Choć nie obyło się bez modyfikacji. Bo mieli jeszcze wspomagających muzyków. A i sam Mike D nie zawsze osobiście zasiadał za perkusją.
Wszyscy w oldskulowych garniturkach, niczym z klipu „Sabotage”. Na dodatek Mike D z małym afro, a Ad-Rock w kapelusiku. MCA w normalnej fryzurze, przez co widać było jego już niemałą siwiznę. No ale w końcu, ile to już lat minęło od pierwszego, przełomowego „Licensed to Ill”…
Zaczęli punkrockowym wykopem w swoim stylu. By po niedługiej chwili wrócić do klasycznego zestawu three mc’s and one dj (w tej roli oczywiście przepotężny Mix Master Mike). I zapachniało oldskulem. Awwwwwwww yeah, tak długo na to czekałem.
Jak każdy openerowicz wie, BB mają dać na tegorocznym festiwalu dwa koncerty. Trzeciego dnia ma się odbyć jeszcze koncert w małym namiocie, w pełni instrumentalny. W końcu chłopaki promują swój ostatni album, który jest właśnie takim cackiem instrumentalnym, tworzonym na rockowym instrumentarium. Ale i na głównej scenie nie zabrakło paru numerów z tej płyty, na zachętę, by wpaść w niedzielę do namiotu. I było to zachęcające. Totalny odlot, na rozluźnienie. Podczas tych numerów po nosie dały wszędobylskie opary zielska… kapitalne na odprężenie.
A jednak sobotni koncert to był występ prawdziwie festiwalowy, przepełniony greatest hits. A przecież tak być nie musiało. Ile to się słyszało o zblazowanych, zmanierowanych burakach z Beastie Boys, „artychach”. Tymczasem tutaj mieliśmy wciąż nawijających do publiki wyluzowanych kolesi, którzy naprawdę cieszyli się z faktu ponownego przyjazdu do Polski po tylu latach (a przecież przy tylu trasach mogli nie pamiętać o tym fakcie, rajt?). Niektórzy nawet twierdzili, że tych gadek było za dużo. Ale ej, pomimo instrumentarium, to są hiphopowcy z krwi i kości. I takie jest właśnie podejście do koncertów w tej dziedzinie. Numery dwuminutowe, by nie znudzić słuchacza, sporo nawijek, spontan w granicach rozsądku. Tak to miało wyglądać, każdy fan wie. I trzeba cieszyć się z tego, że przy tym zaserwowali nam naprawdę w chuj swoich klasycznych numerów. Czego tu nie było… „Root Down”, „Sure Shot”, „Ch-Check It Out” (perełka już klasyczna, choć z młodej, choć słabej płyty „To the 5 Boroughs”), „Three MC’s and One DJ”, „So What’cha Want”, „Body Movin'”, no i dwa klasyczne numery – przesympatyczny „Brass Monkey” i kozacki, z oldskulową gitarką i wykrzykiwaniem tytułowej frazy przez publikę „No Sleep Till Brooklyn”. Zresztą tych zabaw z publiką było więcej. Choć interakcja na koncercie takich kolesi nie mogła sprowadzać się do wyklaskiwania rytmu. „Lewa strona robi bi-dip, a prawa bling bling”. To jeszcze nic. „A teraz wszyscy wyciągają palec wskazujący i na znak mówią »freshhhhhhhhhhhhh«”. I tak też było.
Półtorej godziny grania. A oni schodzą dopiero ze sceny, a nawet bisu nie było. Ale przecież musieli odegrać parę numerów, bez których nie byłby to koncert Beastie Boys. I wrócili. Wszyscy oczekiwali, że zagrają tylko TEN numer. A tymczasem oni przyjebali jeszcze kwadransowy secik! Przy czym zaczęli od innego klasyka, którego nikt się nie spodziewał. „Intergalactic”!!!!!!!!! Na telebimach animowany robot (telebimy wróciły na ten koncert do klasycznej funkcji pokazywania poczynań na scenie, choć tym razem w kolorach czarno-białych), na scenie max energii, a publika SZALEJE. Po „Intergalactic” i paru numerach zbieramy siły na wielki finał. Z dedykacją dla, o!, Busha. „Sabotage”!!!!!! I wszystko fajnie, tylko… coś nie była masakryczna ta wersja. Skopali początek i już chyba nie chcieli przerywać i powtarzać od nowa, widząc szał publiki. No szkoda. Ale – widziałem Beastie Boys na żywo!!!!!
Brakowało paru numerów. Ludzie liczyli jeszcze na „(You Gotta) Fight for Your Right (To Party!)”. Ale jakoś średnio sobie wyobrażam ich wykonujących ten numer, nawet jeśli jak na swój wiek zachowują się jak młodzieniaszki. Nie mówiąc już o innym moim faworycie, „Girls”. Ale i tak to było spełnienie marzeń. I nawet obiektywnie – jak na razie koncert festiwalu.
Skończyli grać około 0.45. Czyli całkiem niezły wynik. I jak dotychczas – najdłuższy na tym festiwalu. Przez co ostatnia tego wieczoru gwiazda miała niezłą obsuwę. Ale warto było czekać…
Jakoś nie mogłem się do Muse nigdy przekonać. Emocjonalnopodobne to dla mnie było zawsze. Nigdy niewywołujące prawdziwych emocji. Pompatyczne, patetyczne i z nieznośną manierą lidera, Matthew Bellamy’ego. A tymczasem…
Na scenie wizualna masakra. Wielkie telebimy, perkusista umieszczony w czymś, co przypominało jakiś teleporter czy inny element filmu science fiction. Pamiętacie trzeciego Batmana i te zielone tuby, w których Riddler umieścił Robina i Nicole Kidman? No właśnie w czymś takim był perkusista umieszczony (tyle że nie związany jak w Batmanie, a umieszczony swobodnie za perkusją). Było na co popatrzeć. Scenografia niczym z koncertu U2. A przecież mówimy o młodym stosunkowo zespole, z czterema płytami na koncie, z których żadna w powszechnej opinii nie uchodzi za klasyczną. A jednak – Muse już teraz sprawiają wrażenie rockowej instytucji. Stadionowy rock? Nie do końca. Bo to jednak nie piosenki do śpiewania przez tłumy, a raczej neurotyczne, jazgotliwe rockowe numery, którym jednak bliżej do, nie przymierzając daleko, Sonic Youth niż ekipy Bono. Choć jednak publika śpiewała teksty razem z liderem.
I niesamowite, że tak wielki spektakl był tworzony przez zaledwie cztery osoby (podstawowy skład plus wspomagające klawisze). Oczywiście uwaga skupiała się na liderze, który poza obsługą wokalu i gitary zasiadał co jakiś czas do fortepianu.
Tak, pompatyczne to wszystko, tak jak wcześniej uważałem. Ale wreszcie mnie to przekonało. Bo to naprawdę niezłe numery, a już taka „Hysteria”, zagrana jako druga, to miazga totalna. Epickie to wszystko, ale przecież skoro lubimy Pink Floyd, to czemu by nie polubić Muse? Przy czym nie są to żadni epigoni, a naprawdę oryginalna kapela, ze słyszalnymi inspiracjami. Dziwne, że przy całej wielkości tego spektaklu nagłośnienie nie było perfekcyjne. Zwłaszcza wokalistę było cos dziwnie słabo słychać. Może to i lepiej? Choć nawet już do jego wokalu się przyzwyczajam. Czyli jest naprawdę nieźle.
Ponad godzina prawdziwego rockowego spektaklu. Wizualny majstersztyk, muzyczny zaskakujący wypas. Przy czym mogli odegrać sztukę i zejść, a chciało im się jeszcze zagadywać trochę publikę. Choć bez przesady – tak naprawdę zagajenie po polsku „cześć” i „dziękuję” to raczej już pospolity chwyt. W każdym bądź razie – kupili mnie tym koncertem. Stałem się fanem.
najlepszy moment: BEASTIE BOYS – INTERGALACTIC
ocena: 8/10

