rageman.pl
Muzyka

Red Hot Chili Peppers

odbyło się: 3.07.07

gdzie: Stadion Śląski, Chorzów

kto: Red Hot Chili Peppers, Jet, Mickey Avalon

 

Sorry, że tak późno, no ale wiecie – zjazdy, rozjazdy. Ale już w domu od dziś, więc regularnie teraz będę pisał o tym, co przeżyłem. Na pierwszy ogień idzie wydarzenie z wtorku. Panie i panowie, prosto ze Stadionu Śląskiego w Chorzowie – Red Hot Chili Peppers!

Najpierw w czteroosobowym składzie dojeżdżamy z Krakowa do Katowic. Spod Spodka bierzemy tramwaj do Chorzowa. Potem dopiero się dowiedziałem, że tramwaje na tej trasie w godzinach szczytu słyną ze złodziei. W związku z czym w ramach tej podróży stałem się nieszczęśliwym nieposiadaczem telefonu komórkowego. Więc nie pisać do mnie jeszcze przez te parę dni, ok?

Wkurw, no ale kurcze, no nie może on zepsuć reszty wieczoru. Godzina 15.00, niemal punktualnie. Otwarcie bram. Ścisk, ukrop, walka o wodę. W końcu, po pół godziny, wchodzimy na stadion. Idziemy na płytę.

Często się ironizuje na temat RHCP, że „amerykański odpowiednik U2″. Trochę przesadzone, ale… poprzednim razem byliśmy na Stadionie Śląskim właśnie na U2, niemal dokładnie dwa lata temu. Więc jednak parę razy porównamy te dwa wydarzenia.

Więc na początek: inne zaprojektowanie płyty. Nie żadne wybiegi ze sceny o kształcie słuchawek i tym podobne duperele. Specjalny sektorek najbliżej sceny dla tych, co pojawili się najwcześniej. A reszta płyty na luzaku. Sadowimy się w miarę dogodnym miejscu i czekamy.

A, byłbym zapomniał. Stadion wyprzedany. Sześćdziesiąt tysi luda. Czyli jednak stadionowy rock. Zupełnie jak U2.

Godzina 18.00, 15 minut przed planowanym czasem, pojawia się pierwszy support. Przypuszczam, że mało kto przed koncertem kojarzył pseudonim Mickey Avalon. Przypuszczam jednak, że te parędziesiąt tysięcy ludzi długo po jego występie o nim nie zapomni…

Najpierw pojawił się didżej. Odpalił podkład z płyty i właściwie do tego sprowadzała się jego rola. Wszystko z kompa, zero innych instrumentów. Nawet żadnych skreczy nie było. No ale to jeszcze można wybaczyć w zupełności, w końcu to, jak się później miało okazać, hip-hop.

No właśnie, bo po chwili wyszedł sam Mickey. Dziurkowana koszula a’la późny Krzysztof Cugowski i czerwona czapeczka nasunięta niemalże na oczy. I dosyć, nazwijmy to, homoseksualne ruchy. Ciota w sensie, jakby to powiedział, jak się okazało, fan Red Hot Chili Peppers.

Nie brzmiało to jakoś specjalnie super. W wersji studyjnej okazało się to znacznie lepsze. Bo prawda jest taka, że nie ma nic gorszego niż źle nagłośniony koncert hiphopowy. No ale w końcu support nie może dobrze brzmieć – założenie tego typu wciąż mnie zastanawia. Z tego, co dało się usłyszeć, był to raczej hip-hop nietypowy, z nietypowym flow, a i w podkładach niby bauns, ale tak nie do końca. Kojarzy ktoś Mindless Self Indulgence?

„Ciota” uprawiająca hip-hop – dla niektórych, jak się okazało, to było już za wiele.

Najwięcej kontrowersji wywołała jednak, hmmm, scenografia. Bo oto w drugim numerze na scenę wyszły dwie wyzywająco ubrane panie, które zaczęły odstawiać sceny, od których nawet Jenna Jameson by się zarumieniła, a Giertych dostałby palpitacji serca.

Początkowo nieśmiało, jednostki, ale już w pewnym momencie dało się słyszeć jedno wielkie buczenie. I widzieć morze wyciągniętych w górę palców środkowych.

Muszę to napisać: nie widziałem dawno tak wieśniackiego zachowania.

Moim zdaniem KAŻDY artysta (nawet jeśli jest to na tyle duży worek, by załapał się na niego również Avalon) zasługuje na jakiś tam szacunek. Minimalny również – nie podoba mi się występ, to po prostu go ignoruję. Tym większe jest to wieśniactwo z dwóch powodów:

1. W każdym materiale informacyjnym o koncercie była mowa o tym, że wystąpi Mickey, również była podana godzina jego występu. Wystarczyło odrobić pracę domową i poszukać jego muzy w necie, by zobaczyć, czy warto zobaczyć jego występ. Argument taki, że trzeba było go oglądać, by mieć dobre miejsca na płycie na koncercie Red Hotów, zarówno ja, jak i organizator koncertu, mamy słusznie w dupie.

2. Zastanówmy się przede wszystkim – skąd się ten Avalon wziął? Na pewno nie zaprosił go polski organizator – bo nikt raczej w Polsce go nie zna. A nawet jeśli, to prędzej przecież zaproszono by Come lub innego Rubika. Więc KTO go zaprosił?

Może sami Red Hoci?

Więc opcje są dwie: albo idolom zgromadzonych na stadionie ludzi zjebał się gust, albo zaufali, że fani mają dosyć szerokie spektrum zainteresowań muzycznych (tym bardziej że przecież od funk rocka do hip-hopu rzut beretem). No i się przeliczyli. Na szczęście nie jesteśmy odosobnieni – rok temu na koncercie RHCP w Niemczech wygwizdano Dizzee Rascala, a w Wielkiej Brytanii Chicks on Speed. No tak. Bo chyba jednak fani Red Hot Chili Peppers to nie Open’er, to nie podział muzyki wyłącznie na dobrą i złą. „Ma być rock i chuj”, a najlepiej heteroseksualny. Sad but true.

Dobrze jednak, że znaleźli się tacy, którzy darowali sobie tak wieśniackie gwizdy i fuckoffy. Nawet jeśli było widać po nich, że się niezbyt Avalon podoba. I ok, kwestia gustu. Tylko okazujmy te gusta w bardziej cywilizowany sposób.

40 minut Mickeya i o 19.00 wchodzi główny support. Australijska rockowa sensacja – Jet. Klasycy rocka zapraszają na support gwiazdy nu-rocka. Znajoma sytuacja? No tak, U2 i supportujący ich The Killers. W sumie zupełnie inna muza, ale porównajmy. The winner is Jet, a to z prozaicznych powodów. Podczas ich występu ludzie nadzwyczaj żywiołowo reagowali, zamiast szukać w plecakach parasoli i płaszczy przeciwdeszczowych, jak to miało miejsce na The Killers. Rock and roll pełną gębą. Nawet w kwestii imidżu. Czterech (plus wspomagacz) owłosionych do bólu kolesi (no, poza basistą). Rock czerpiący prostotę z Rolling Stonesów, choć czasem idący w kierunku czegoś bardziej skomplikowanego typu Led Zeppelin. W każdym razie – podróż w czasie do lat najpóźniej siedemdziesiątych. Kilowaty energii, nawet jeśli ciut poskromionej przez nagłośnieniowca. Solidny 45-minutowy koncert z jednym absolutnym killerem (sic!) – „Are You Gonna Be My Girl”, zagranym już jako drugi. Wprawdzie to lider ze swoim wchodzeniem na perkusję i wychodzeniem do publiki zwracał największą uwagę, jednak kto nie zauważył genialności perkusisty, który na dodatek śpiewał, ten jakiś ślepy musi być. Na razie panowie wydali dwie płyty, które rewolucji nie przyniosły. Ale wyczuwam, że jeszcze namieszają i ich czas nadejdzie.

No. To się uporaliśmy z supportami. Czekamy na gwiazdy wieczoru.
Czekamy.
Czekamy.
Czekamy…

W końcu, o 20.40 wychodzą. Wreszcie działa trzeci telebim, umieszczony pośrodku sceny. Widać na nim najpierw perkusistę, Chada Smitha. Strój w kolorach bieli i taka też czapeczka. Już mega oklaski. Ale to jeszcze nie koniec. Zaraz potem wychodzi Flea. Staje po lewej stronie sceny. Topless, tylko z basem. Ale spodenki już miał, co zawiodło tych, co liczyli na stare dobre czasy występów z samą skarpetką na genitaliach. No i po prawej stronie ON. John Frusciante. Zwykła, kraciasta koszula, troszkę już dłuższe włoski i natchnienie na twarzy połączone ze skromnym, acz niewymuszonym uśmiechem. Miał się chłopak z czego cieszyć. Wkrótce zostanie obwołany przez autora tej notki bohaterem wieczoru.

Zaczynają najpierw niekrótkim dżemikiem. Napięcie wzrasta, by w pewnym momencie zaczęła mu towarzyszyć euforia wraz z pojawieniem się na scenie frontmana. Anthony’ego Kiedisa. Ubranego w coś na kształt szlafroczka bokserskiego. Osobliwie. Choć niedługo go zrzuci i ujrzymy śliczną emo ciemną fryzurkę hehe. Napięcie wzrasta, aż kulminacją staje się zagrywka Fru na gitarze. Tak, skądś ją znamy. „Can’t Stop”. Zaczyna się właściwy koncert.
RED HOT CHILI PEPPERS

Totalna euforia. Też i łzy. Bo przecież w końcu są w tej Polsce. Po wielu latach prób ściągnięcia ich. Ale cierpliwi się doczekali.

Po „Can’t Stop” bez zbędnych ceregieli przechodzą w „Dani California”. Można zobaczyć, że na scenie pojawia się jeszcze jeden muzyk. Wkrótce zostaje przedstawiony. To Josh Klinghoffer – muzyk znany ze studyjnych projektów solowych Frusciantego. Głównie operuje gitarką, choć też wspomaga w pewnym momencie Chada na perkusji. Czy mówiłem już, że pod względem muzycznym ten koncert był GENIALNY?

No właśnie. Muzycznym. Ale przecież koncert to też show. A ten jakoś taki, hmmm… No nie ma efektów, więc sytuację powinien ratować któryś z muzyków. Najlepiej frontman. A tymczasem Kiedis niby coś mówi, ale jakby pod nosem i bez przekonania… I co z tego, że taki jest na każdym koncercie? Nie smakuje mi taka potrawa, nawet jeśli wszędzie jest tak przyrządzana. Ale dajmy chłopakowi szansę, może jeszcze się rozkręci…

Pod względem piosenkowym to nie był greatest hits. Owszem, zaraz potem poleciało śliczne „Scar Tissue”, a tuż obok „Havana Affair” Ramonesów. Ale zaraz potem zaczęły się rzeczy mniej znane. Co dawało różny efekt. Z tym zespołem mam taki problem, że od czasu „Californication” jestem w stanie przełknąć tylko pojedyncze numery. Zazwyczaj te singlowe. A określenie, że „Stadium Arcadium” to płyta równie genialna co „Blood Sugar Sex Magik”, to najczystsza herezja. Dlatego też np. taki „Readymade” z ostatniej płyty mnie znudził. Ale już np. transowy „Throw Away Your Television” od wczoraj uznaję za bodajże najgenialniejszy numer na „By the Way”. No, obok tytułowego. A zaraz potem najbardziej wzruszający moment wieczoru. Coś, co zawsze musi nastąpić. John Frusciante solo. Wykona Bee Gees? Nie. Tym razem pada na „Songbird” Fleetwood Mac. Ahhhhh…

Tylko że atmosfera znów jakoś tak pada po następnym „Snow (Hey Oh)” ze „Stadium Arcadium”. Nie jest to zły numer, ale jego wesołkowatość, po tym co dostarczył Fru numer wcześniej, raczej mnie wkurwiła. No i zaczęło się robić trochę nudniej. Bo „This Velvet Glove” i „Emit Remmus” z „Californication”. A potem znów SA: „So Much I”, „She’s Only 18″ i powrót do „By the Way”: „Don’t Forget Me”. Dobrze, że te numery grają jedni z najlepszych żyjących obecnie muzyków (nie obyło się bez popisówki z użyciem efektów by Flea), bo inaczej zrobiłoby się raczej nudno. Ale w pewnym momencie charakterystyczny wstęp. Tak, to „Californication”. Cały stadion śpiewa. To nie koniec wrażeń. Wreszcie robi się ultradynamicznie, tak jak prawdopodobnie grali 15 lat temu. Choć to przecież „By the Way”, powstały parę lat temu. Publiczność szaleje. A tu nagle – gasną światła. I że niby do domu. Nie może być.

I rzeczywiście – wychodzi znów, jak na początku, Chad. Zaczyna przepyszne solo perkusyjne. Dołącza do niego Josh na perkusjonaliach i Flea… na trąbce. MAGIA. Po dołączeniu reszty muzyków klimat się uspokaja. „Soul to Squeeze”. No wreszcie coś starszego. No i grande finale – wreszcie coś z najlepszej „Blood Sugar Sex Magik”. „Power of Equality”!!!!! Na taki numer czekałem cały wieczór. A dla jamu, którym zakończyli ten numer, warto było przyjechać i wydać te parę złotych.

Tylko że… jam ten kończy cały koncert. No niby prawie dwie godziny, więc dużo. Tylko czy taki jam to dobry motyw na zakończenie koncertu? Pod względem muzycznym – tak. Pod względem show – niekoniecznie.

Bo wiecie, nie czuję się reprezentantem Polski jako narodu wybranego. Ale chyba mogliśmy czegoś oczekiwać od zespołu, który pierwszy raz przyjeżdża do kraju po tylu latach i wyprzedaje cały, niemały przecież stadion. I nie mówię tu o banałach typu odegranie „Under the Bridge” i „Give It Away” (choć byłoby miło, tak jak gdyby zagrali „Otherside” czy „Around the World”). Ale dlaczego dopiero pod koniec Flea wypowiedział się, że cieszy się, że wreszcie tu dotarli? Miłe, choć sprawiało wrażenie, jakby ktoś się zorientował, że głupio by nie powiedzieć czegoś takiego. Ostatnie zaś słowa Kiedisa to była refleksja o tym, co jutro zjedzą na śniadanie. Ej, ja poczułem się lekko zlekceważony takim tekstem. Może za dużo koncertów widziałem i mam zawyżone wymagania. Ale chociażby koncert The Prodigy z tego samego tygodnia pokazał, że można grać kolejny koncert w jakimś kraju i naprawdę cieszyć się z tego faktu. Nie dlatego, że grają koncert w takim kraju jak Polska, tylko dlatego, że grają go dla ludzi, którzy chcą ich słuchać! A tu przecież mówimy o Red Hotach – pierwsza wizyta, sześćdziesiąt tysięcy ludzi! Żal trochę. Bo muzycznie było genialnie. I dzięki temu było to wydarzenie roku w Polsce. Ale nie bez żadnych wątpliwości. I po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że najsłabszym, choć wciąż bardzo dobrym, elementem tego zespołu jest Anthony Kiedis. I nie tylko o zachowanie chodzi – wystarczyło zwrócić uwagę na pomyłkę w początku „By the Way”, gdzie aż Fru i Flea na niego ze zdziwieniem popatrzyli. „Kiedis powinien zostać zwolniony po tym koncercie” – to przesada. Niech dalej śpiewa, bo głos ma naprawdę piękny. Myślę, że powinien się jednak zastanowić, czy o śpiewanie w tym zespole mu chodzi. I czy dla ludzi chce śpiewać.

Ale dzieciaki, powtórzę: TRZEBA BYŁO TAM BYĆ I BASTA!

najlepszy moment: RED HOT CHILI PEPPERS – POWER OF EQUALITY

ocena: 7,5/10