rageman.pl
Muzyka

Open’er Festival 2006 (dzień trzeci)

gdzie: Babie Doły, Gdynia

kto: Roger Sanchez, Basement Jaxx, Kanye West, The Streets, Abradab, Freak Of Nature, Psychocukier i inni

 

Buuuuuuuu, to już koniec.

Do Babich Dołów przybywam tradycyjnie na 17.00. Tradycyjnie na początek namiot. Z półgodzinną obsuwą. Tak więc o 17.30 na scenie pojawia się nieznany mi dotąd Psychocukier. To, co można wyczytać w książeczce festiwalowej — łódzki zespół, który w tym roku wyda swoją debiutancką płytę. To, co można było zobaczyć — trio na perkusję, bas i gitarowokal, wystylizowani na retro klimat à la teledysk „Sabotage” Beastie Boys. To, co można było usłyszeć — mantrowy rock’n’roll z melodyjnym zacięciem. Może to za mało, by mówić o przebojowym potencjale, bo te melodie to tak jednak ciut nieśmiało wychodziły. Zdecydowanie bardziej panowie chyba lubują się w odlotach, celebrowaniu konkretnych dźwięków, bez jakichś skoków dynamiki czy czymś takim. Może tak Sonic Youth? A i przy okazji można by wrzucić do worka z rock’n’rollem ambitniejszym, bez wpływów całej nu-rockowej fali. Myślę, że znaleźliby wspólny język z takim np. Kevinem Arnoldem. Mieszanina tekstów polskich i angielskich. Skromny, acz w żaden sposób nie banalny kontakt z publiką. Na telebimie tym razem nie wizualizacje, tylko migawki koncertowe. Około 50 minut grania. Bardzo dobry zespół. Bardzo dobra muzyka. Warto zwrócić uwagę. Tyle w tym temacie.

Po chwili przerwy na scenie tejże instalują się starzy znajomi z wałbrzyskiego Freak of Nature. Ile to już czasu minęło od ostatniego spotkania? Uuu, dwa lata. A w międzyczasie dużo się pozmieniało. Bo już mówimy tu o zespole z oficjalną płytą w dorobku — „Neurotic States”. Tytuł właściwie mówi wiele o tej muzyce. Ciężko w klimacie, emocjonalnie, czasem odlotowo. No dobra, było kiedyś porównanie do Muse. I w sumie dalej można przywołać tę nazwę, choć już to skojarzenie nie jest tak nachalne (a tak btw, to ciekawe, jakby to zabrzmiało, gdyby teksty były po polsku). Wyrobili się chłopaki. Pod względem wizualnym pan wokalista wziął sobie chyba do serca uwagę odnośnie podobieństwa do lidera Muse i teraz ma długie włoski opadające na twarz. Natomiast skoro mówimy o składzie tego tria, to ze zdziwieniem spostrzegłem, że na basie wymiata sam Mr. Łoś (niegdyś Ocean, obecnie również Frühstück, w którego koszulce zresztą wystąpi). Rotacja czy wcześniej tego pana nie dostrzegałem? Skoro tak pochwaliliśmy wiosłowych (a trzeba przyznać, że pod względem technicznym FON stoi na naprawdę wysokim poziomie), to i dla pana perkusisty należą się słowa uznania. A, co jeszcze. Cieszy, że panowie wyluzowali. Dwa lata temu — artystyczna napina, zerowy kontakt z publiką, dystans. Tutaj — nieśmiałe zaczepki w kierunku publiki, gdzieś tam się nawet uśmiech pojawił. Fajnie. Planowałem oglądać panów Freaków pół godziny i przetransportować się na scenę główną na koncert Abra dAba. A tu niespodzianka w postaci deszczu. Który, jak się okazało, podwójnie pozytywnie podziałał. Bo po pierwsze, wpłynęło to na lepsze warunki klimatyczne festiwalu. A po drugie — i najważniejsze — z powodu ulewy występ Daba się obsunął w czasie. Czyli mogłem zobaczyć całość (50 minut i tylko bis mnie ominął) występu i Freak of Nature, i Abradaba. Fajno.

Nie sposób zacząć opisywać tego godzinnego koncertu od innego spontanicznego okrzyku: WIDZIAŁEM KALIBRA 44 NA ŻYWO!!!! Bo poza Dabem wystąpił również jego brat, Wielki, Niepowtarzalny, syn marnotrawny powrócony z USA — JOKA. Okej, ktoś się zniesmaczy i powie, że przecież K44 to też, a może i przede wszystkim świętej pamięci Magik. Niekoniecznie. Bo po pierwsze, 2/3 składu to więcej niż 1/3 i jest bliżej całości. Po drugie, Magik na drugiej płycie duchem był już gdzie indziej, a na trzeciej to już nawet ciałem nie był obecny. A po trzecie, to dla mnie Magik zabłysnął najjaśniejszym blaskiem w Paktofonice (choć, rzecz jasna, gdyby nie Magik, to by debiutu Kalibra wręcz nie było). Sorry, ortodoksyjne ziomki, Kaliber 44 nie równa się Magik. A że nie było również DJ Feel-X-a? Cóż, jego akurat chyba łatwiej mimo wszystko zastąpić niż Magika.

Zamiast Felixa mieliśmy zaś DJ Barta. A dodatkowo również chyba już nieodłącznego Gutka (Indios Bravos). Ważna obecność, bo rzutująca na odbiór całości. Bo choć K44 to pionierzy hip-hopu w Polsce (a, sorry, jeszcze Liroy był), to obecnie aż niebezpiecznie blisko im do reggae. Niebezpiecznie w cudzysłowie, bo wcale mi to bynajmniej nie przeszkadza. A przecież hip-hopowo i tak było, zwłaszcza gdy pojawiali się na scenie goście. W postaci Numera Raza czy pod sam niemalże koniec wariaty z Baku Baku Składu, czyli Wujek Samo Zło i Człowiek Nowej Ery. Oj, poleciało w czasie tych występów oldskulem, dobrymi czasami, gdy jeszcze Mezo śmigał w pampersach i nie marzyło mu się o mieszaniu w hip-hopie.

W każdym bądź razie. Odbiór całości był ewidentnie bardziej baunsiarski niż psychorapowy, dlatego choć generalnie panowie lecieli na własnych podkładach, to już np. taki kalibrowy „Film” poleciał na cudzesie. No właśnie, repertuar. Generalnie bez zarzutu. Bo wiadomo, że choć Dab promuje jeszcze swoją drugą solówkę „Emisję spalin”, to bez hitów się nie obejdzie. Zarówno tych solowych, jak „Miasto jest nasze” (odegrany na sam początek), „Rap to nie zabawa już” (ahhh, zwrotka Joki!!!) czy chyba najlepiej przyjęte „Rapowe ziarno”, zabrzmiały jeszcze nieśmiertelne klasyki Kalibra — „Normalnie o tej porze”, wspomniany „Film” czy „Konfrontacje”. A i Gutek miał własne momenty w postaci np. indiosbravosowego „Zabiorę cię”. Czyli — repertuar bez zarzutu. Problem tylko w kolejności. To logiczne, że z racji, iż my w Polsce do czynienia z takimi imprezami mamy dopiero od paru lat, to nasi rodzimi wykonawcy nie wyrobili sobie jeszcze, nazwijmy to, „festiwalowej mentalności”. Festiwal to taka impreza, gdzie przychodzi się raczej dla muzyki jako takiej, a nie konkretnego wykonawcy. A tym bardziej myślę, że najmniej ludzi tego dnia przyszło na Daba. Dlatego też w żaden sposób nie umniejszając wielkości jego numerów, singlowych czy niesinglowych, trochę niedobrze się stało, że wszystkie niemal hity zabrzmiały w ciągu pierwszej połowy koncertu. Pod koniec występu, gdy już poleciały numery, skądinąd zajebiste, ale jednak dla obeznanych w temacie, widać było, że atmosfera siadła, a ludzie nie wiedzą, o co kaman. A jak wiadomo — jak piosenka może się człowiekowi spodobać, jak słyszy ją pierwszy raz? Niemniej fakt, że to, helou!, Kaliber 44, a przy okazji kontakt z publiką, jak to na koncercie rapowym, bez zarzutu, całość oceniam na ocenę bardzo dobrą. I żal, że dopiero teraz miałem z koncertowym Dabem do czynienia. Dygresja: a może tak płyta już pod starym szyldem?…

Tyle o widzianej przeze mnie polskiej reprezentacji. Przerwa techniczna i o 21.00 jesteśmy świadkami pierwszego Wielkiego Występu. Jako scenografia — wielka bordowa (chyba) płachta z hawajską palemką. I choć już nawet Polsce bliżej do Hawajów niż deszczowej Anglii, to jednak to, co zaprezentował nam Mike Skinner ze swoim The Streets, zdecydowanie było słonecznie pozytywne. Dzięki właśnie takim wykonawcom jak The Streets czy polski Kaliber 44 hip-hop ciągle się rozwija. Klucz do sukcesu? Mieszanie. Ragga, muzyka klubowa, a jak się na koncercie okazało — również rock. I nie tylko z tego względu, że pan Skinner wystąpił z „żywym” zespołem w postaci basisty, perkusisty, elektronicznego speca (plus wspomagający w śpiewanych refrenach pewien czarnoskóry jegomość). Pachniało rockiem, rockową energią. Choć Skinner rapuje, a nie się wydziera. A rapuje w sposób wybitnie oryginalny. Niczym nasz Kazik — to już nawet nie jest melodeklamacja. To brzmi tak, jakby lider The Streets prowadził dialog ze słuchaczem. Trzeba posłuchać, bo im bardziej próbuję opisać to zjawisko, tym większy bełkot wychodzi. Choć w tym, co napisałem powyżej, chyba coś jest. Anyway. Chociaż numery The Streets opierają się raczej na niezmiennym schemacie nawijane zwrotki + śpiewane refreny, to nie można mówić o nudzie. Materia muzyczna to jedno, a showmaństwo to drugie. Na początku nieśmiało (a kontakt utrudniał jeszcze ciężki angielski akcent — „misiowy” motyw kluski w gębie), już pod koniec dyrygował publiką. Dosłownie. Przyznam, że nie spodziewałem się slipknotowego motywu „wszyscy siadają na ziemi i na trzy-cztery skaczemy”. A tu patrz, pan Skinner często i gęsto z tego motywu korzystał. Nawet w niemalże balladowym „Blinded by the Light” (najlepszy numer wieczoru, chyba ze względu na popularność, choć to kapitalny song), który zakończył się ultradynamiczną końcówką, podczas której wszyscy (na rozkaz, ale jednak) skakali. Z oklaskami spotykały się ciekawe wrzuty w kierunku VIP-ów na czerwonych siedzeniach, a zwłaszcza przytyki w kierunku ochrony. No jak ulicznie, to ulicznie.

Dobre półtorej godziny dobrego hip-hopu, dobrej zabawy. Najlepszy koncert tego dnia festiwalu. Bardzo pozytywne zaskoczenie. Kolejny raz na tym festiwalu staję się fanem. I nie ostatni.

Zostajemy w temacie hip-hopowym, choć teraz przeskakujemy do USA. Godzina 23.00 to czas występu być może największej gwiazdy hip-hopu w Stanach. Kanye West. Teraz mamy do czynienia z hmmm „półżywym” graniem. Bo niby podkłady puszczane przez DJ-a, ale mamy jeszcze panią i pana w chórkach… i sekcję smyczkową. Średnio typowe instrumentarium, don’t ya think? Bo Kanye West, pomimo bycia, posługując się rapowo-piłkarską terminologią, pierwszoligowym graczem, jest artystą nietypowym. Niby zblazowany (co wcześniej przeszkadzało mi w odbiorze jego twórczości), ale trudno powiedzieć, by jego teksty były o niczym. Nieparadujący w złotych łańcuchach, ubrany jak najbardziej zwyczajnie, niczym studencina w sweterku itp.  Ciekawy jegomość. I ciekawa muzyka. Jak przyjebał w intro klasycznym hip-hopem, tak już nie miałem wątpliwości, że to będzie dobry koncert i gdzieś tam chęć zobaczenia w nietypowym przedsięwzięciu Petera Greenawaya w małym namiocie minęła jak z bata strzelił. Choć po pierwszym numerze Kanye zszedł ze sceny na niepokojąco długą przerwę. Ale wrócił. I zaczęła się jatka.

Festynowy poziom? Niekoniecznie. Choć faktem jest, że strasznie dużo było cytatów muzycznych. Czasem z komentarzem Westa (typu „to mój ulubiony numer ever” — i leci fragment… „Take On Me” A-ha), czasem bez. Czasem zwyczajnie puszczonych z płyty, jak Eurythmics czy Michael Jackson, ale czasem ciekawie zagranych przez sekcję, jak The Beatles czy The Verve (chłopak kuma europejską muzę, to ciekawe). Trochę się przypomniał występ Fatboya Slima sprzed roku. Ale publika była zachwycona i zgotowała Westowi zaskakująco kapitalne przyjęcie (chyba nawet lepsze niż na Pharrellu). Ba, nawet „Sto lat” było. Kanye chyba nie wykminił, o co chodzi, niemniej wydaje się, że był uradowany tym przyjęciem. Przy okazji okazał się też gadułą, choć komplementowania ani większych gadek o Polsce nie było. Dużo o 10-letniej przygodzie z hip-hopem i generalnie o sobie. Moment niemuzyczny: gdy pojebał mu się tekst i w połowie numeru zarządził jego ponowne odegranie. To było słodkie.

A moment muzyczny? „Gold Digger” z samplem głosu Jamiego Foxxa podrabiającego Raya Charlesa. Świetny numer, świetne wykonanie i świetne przyjęcie.

Choć za mały zgrzyt uważam tak długie wychodzenie na bis. Niedopieszczone ego? Niemniej — koncert świetny, a Kanye staje się od dzisiaj moim nowym ziomem.

Hip-hopowe koncerty rządzą się trochę innymi prawami i dlatego, choć pan West grał ciut ponad godzinę, to naprawdę było to przepełnione energią show. Na tyle, że odpoczynek był niezbędny, nawet kosztem pierwszego kwadransu występu Basement Jaxx. W końcu jednak zregenerowaliśmy się i daliśmy czadu. Za cudowne zjawisko muzyczne uważam koncertowe, żywe wydanie takiej muzyki, jaką grają Bejsmenci. Beat tworzony przez pieprzniętego perkusistę, wszystkie smaczki generowane przez resztę składu — czyli wiosła, instrumenty perkusyjne czy… sekcję dętą. Acz bez „czystej elektroniki” obejść się jednak nie mogło. Choć najsympatyczniejsze było to, co działo się w sferze wokalnej. A tutaj udzielało się troszkę osób. Czarnoskóre chórzystki, koleś o wyglądzie „naszego” Larry’ego Okey Ugwu, a i pan odpowiedzialny za elektronikę też się udzielał. Świetna jazda. Rozglądamy się naokoło — WSZYSCY tańczą. W subiektywnym odczuciu na pewno nie (Sigur Rós, wiadomo), ale w obiektywnym — może rzeczywiście to był koncert wieczoru? Kapitalne cytaty z Missy Elliott czy Kelis bardzo skutecznie podgrzały temperaturę. Choć prawdziwe Szaleństwo zaczęło się, gdy po schizowatym intrze zabrzmiały znajome dźwięki „Where’s Your Head At”. Szaleństwo w plenerze, szaleństwo i na scenie, bo w pewnym momencie wbiegły na nią… goryle. Pyszniutkie nawiązanie do klipu.

I Basement Jaxx zagrał godzinę, ale ta godzina była już naprawdę wykańczająca.

A na zakończenie dnia i festiwalu po drugiej zaczął przygrywać Roger Sanchez. Tu już mieliśmy do czynienia z typowym setem, Roger jako jedyny aktor tego przedstawienia. Czyli już nie ma co obserwować sceny, wszystko rozgrywa się w tańcu. A trzeba przyznać, że pan Sanchez zna się na rzeczy. Rytmy lajtowe, house’owe, ale tu chodzi o taniec. I dalej jest to muzyka, a nie breakcore’owy hałas. Jedziemy, jedziemy, jazdaaaaaaa! Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pełen energii, choć jakoś koło 3.30 nagle mi się padło na ziemię. Idziemy się napić wody. I przy okazji z dala poobserwować koniec tego setu i festiwalu.

Co się tu będę rozpisywać. Z każdym rokiem jest coraz lepiej. Ba, mam wrażenie, że doszliśmy już do punktu, gdy naprawdę trudno będzie coś lepszego zaproponować. Organizacja na zajebiście wysokim poziomie. Minimalne obsuwy, kulturka, bezpieczeństwo, teren na zabawę świetny, a co najważniejsze — brak problemów w kwestiach nabywczych. Kupony, które były prawdziwym pain in the ass w latach ubiegłych, teraz naprawdę nie stanowiły problemu. Góra 5 minut stania w kolejce, zarówno po kupony, jak i to, co chcemy za te kupony kupić.

Muzyka? Mamy festiwal z prawdziwego zdarzenia, to, o czym wszyscy melomani marzyli przez lata. Cieszy, że poza hip-hopem i elektroniką jest uwzględniany rock. I może nawet lepiej, że jest to rock pokroju Franza Ferdinanda czy The White Stripes. Choć obecność Skin, o czym wspominałem wcześniej, przyozdabia rozum w marzenia, by może Incubus? Może Audioslave? Velvet Revolver?

I tak, cudna sprawa, i tu wielkie, Wielkie oklaski dla mych rodaków (choć dużo osób z zagranicy dało się przyuważyć) za to, że potrafią. Potrafią olać jakieś durne podziały gatunkowe i bawić się zarówno na Pharrellu, jak i na Skin. Pomimo obecnych jegomościów w koszulkach Slipknota czy Metalliki cieszy brak ortodoksyjnego buractwa i rzucania czerstwym chlebem w kierunku wykonawców hip-hopowych. BRAWO!

Cieszy też (to już zasłyszane, choć naocznie dało się to również odnotować), że pomimo sponsorowania przez piwo nie widziałem ANI JEDNEJ najebanej osoby. A nie siedziałem w miejscu.

Refleksja: Polak Naprawdę potrafi. Jak chce.

Do zobaczenia za rok.

 

najlepszy moment: THE STREETS – BLINDED BY THE LIGHT

ocena: 7/10