rageman.pl
Film

Tańczący Z Wilkami

rok: 1990

reżyseria: Kevin Costner

 

ot co. znow sobie film obejrzalem na dvd. to jednak zajebisty wynalazek. tym razem obejrzalem sobie film, ktory powstal dosyc dawno, ale jakos nigdy nie mialem odwagi po niego siegnac. „tanczacy z wilkami”. 7 oskarow, kevin costner jako rezyser i glowny aktor, 3godzinny seans i umiejscowienie w czasie konca XIX wieku. wystarczajaco powodow by darowac sobie ten film jako ten, ktory na pewno nie bedzie w stanie mnie zainteresowac. ale czlowiek z nudow robi rozne rzeczy. no to odpalilem. gwoli przypomnienia – kevin costner gra tu kolesia zwacego sie john dunbar. przez przypadek zostaje bohaterem wojennym. w ziwazku z zaistnialymi przywilejami postanawia sobie objac placowke wysunieta najbardziej na zachod, polozona nablizej rezerwatow indian. oczywiscie po jakims czasie skladaja mu odwiedziny. ale zamiast konfrontacji tomahawk-strzelba mamy dialog. na poczatku trudny, gdyz zadna ze stron nie rozumie co ta druga mowi, ale z czasem coraz owocniejszy. na tyle, ze dunbar w koncu staje sie jednym z nich – Tanczacym z Wilkami.

i tyle. to nie jest film do wysilania szarych komorek. mnie najbardziej on przekonal jako filmowy pomnik na czesc Indian. pokazuje to, co moze zachwycac w tej kulturze i czego namiastke maja odwiedzajacy coroczne zloty przyjaciol indian w polsce i nie tylko. rytualy, obyczaje, braterstwo, honor – polaczenie prymitywnosci z madroscia. na chlopski dosyc rozum – „poczciwi i prosci, ale jednak na swoj sposob madrzy”. oczywiscie jest to co w hollywood musi byc – czyli watek milosny. jest rzwoj psychy bohatera glownego. ale co cieszy, koncowka malo hollywoodzka. co prawda, taki braveheart tez niby nie mial happy endu, ale jednak koonczyl sie optymistycznie. tu mamy… w sumie oszczedze, bo moze ktos jednak nie widzial. skoro mowa o „hollywoodzkosci” filmu… hollywoodzkie, oscarowe filmy osadzone opowiadajace o czasach minionych maja to do siebie, ze ogladajac je mam nieodparte wrazenie, ze caly ich sens skupia sie na scenach walki – jakby rozmach w nich pokazany byl przepustka do oscara, nie tylko w kategorii najpesze zdjecia czy efekty specjalne, ale przede wszystkim tez w kategorii Najlepszy Film. tutaj sa one ograniczone do niezbednego minimum. i nawet jesli pare tych scen z tak zwanym Rozmachem, to sa one jak najbardziej uzasadnione i nie odciagaja uwagi od reszty filmu.

muzyka? jest muzyka! ladna, choc niespecjalnie zachwycajaca. acz nigdy nie bylem specjalnym fanem muzyki filmowej poza taka ktora ma latwo wpadajace do glowy motywy jak gwiezdne wojny czy indiana jones. za muzyke do „tanczacego…” ponoc oscar byl… nie bede ocenial.

natomiast chociaz nigdy nie bylem fanem kevina costnera, to uwazam ze tutaj by mu sie za aktorstwo oscar nalezal (abstrahujac od tego kto w koncu w tej kategorii w ’90 roku zwyciezyl). bo co tu duzo mowic – to jego rola zycia. niby i tak oscara dostal za rezyserie, ale…

aaaa, fajna byla ta dupa co grala ukochana costnera. choc biala, to nawet fajniejsza od indianek. o dziwo, bo zawsze mialem ciagoty do egzotycznych dziewojek heeee.

reasumujac – to nie jest obowiazkowy do zobaczenia film. to jest film jak najbardziej warty zobaczenia. nie dziwi deszcz oscarow jakim zostal obsypany, bo nie od dzis wiadomo jakie filmy preferuje Akademia Filmowa. ja mam troche inny kryteria, wiec oscara bym mu nie dal. zwlaszcza ze oscar mu pryznany spowodowal dwie z najwiekszych plag historii kina. primo, costner uwiezyl ze wielkimm rezyserem jest i zaczal popelniac koszmarki w stylu Wodnego Swiata czy Wyslannik Przyszlosci. secundo – martin scorsese, ktorego „chlopcy z ferajny” przegraly w z dzielem costnera o miano najlepszego filmu zalapal wrzut na banii kazacy krecic mu coraz bardziej oscarowe filmy, a tym samym – coraz gorsze.

ale dwie sceny sprawily ze bylem poruszony. jedna jak swinie amerykanskie zabily wilka, a druga jak dunbar powiedzial amerykancom ktorzy go zlapali kim jest. Tanczacym z Wilkami. to bylo mocne.

 

najlepszy moment: TEŻ ŁADNE

ocena: 7/10 

Leave a Reply