Tańczący Z Wilkami
reżyseria: Kevin Costner
Znowu sobie film obejrzałem na DVD. To jednak zajebisty wynalazek. Tym razem obejrzałem sobie film, który powstał dosyć dawno, ale jakoś nigdy nie miałem odwagi po niego sięgnąć. „Tańczący z wilkami”. 7 Oscarów, Kevin Costner jako reżyser i główny aktor, 3-godzinny seans i umiejscowienie w czasie końca XIX wieku. Wystarczająco powodów, by darować sobie ten film jako ten, który na pewno nie będzie w stanie mnie zainteresować. Ale człowiek z nudów robi różne rzeczy. No to odpaliłem.
Gwoli przypomnienia — Kevin Costner gra tu kolesia zwącego się John Dunbar. Przez przypadek zostaje bohaterem wojennym. W związku z zaistniałymi przywilejami postanawia objąć placówkę wysuniętą najbardziej na zachód, położoną najbliżej rezerwatów Indian. Oczywiście po jakimś czasie składają mu odwiedziny. Ale zamiast konfrontacji tomahawk–strzelba mamy dialog. Na początku trudny, gdyż żadna ze stron nie rozumie, co ta druga mówi, ale z czasem coraz owocniejszy. Na tyle, że Dunbar w końcu staje się jednym z nich — Tańczącym z Wilkami.
I tyle. To nie jest film do wysilania szarych komórek. Mnie najbardziej przekonał jako filmowy pomnik ku czci Indian. Pokazuje to, co może zachwycać w tej kulturze i czego namiastkę mają odwiedzający coroczne zloty przyjaciół Indian w Polsce i nie tylko. Rytuały, obyczaje, braterstwo, honor — połączenie prymitywności z mądrością. Na chłopski dosyć rozum — „poczciwi i prości, ale jednak na swój sposób mądrzy”.
Oczywiście jest to, co w Hollywood być musi — czyli wątek miłosny. Jest rozwój psychy bohatera głównego. Ale co cieszy, końcówka mało hollywoodzka. Co prawda taki „Braveheart” też niby nie miał happy endu, ale jednak kończył się optymistycznie. Tu mamy… w sumie oszczędzę, bo może ktoś jednak nie widział.
Skoro mowa o „hollywoodzkości” filmu… hollywoodzkie, oscarowe produkcje opowiadające o czasach minionych mają to do siebie, że oglądając je mam nieodparte wrażenie, iż cały ich sens skupia się na scenach walki — jakby rozmach w nich pokazany był przepustką do Oscara nie tylko w kategorii najlepsze zdjęcia czy efekty specjalne, ale przede wszystkim też w kategorii Najlepszy Film. Tutaj są one ograniczone do niezbędnego minimum. I nawet jeśli parę takich scen z tak zwanym Rozmachem się pojawia, to są one jak najbardziej uzasadnione i nie odciągają uwagi od reszty filmu.
Muzyka? Jest muzyka! Ładna, choć niespecjalnie zachwycająca. Acz nigdy nie byłem specjalnym fanem muzyki filmowej poza taką, która ma łatwo wpadające do głowy motywy jak „Gwiezdne wojny” czy „Indiana Jones”. Za muzykę do „Tańczącego…” ponoć Oscar był… nie będę oceniał.
Natomiast chociaż nigdy nie byłem fanem Kevina Costnera, to uważam, że tutaj Oscar za aktorstwo by mu się należał (abstrahując od tego, kto w końcu w tej kategorii w ’90 roku zwyciężył). Bo co tu dużo mówić — to jego rola życia. Niby i tak Oscara dostał za reżyserię, ale…
Aaaa, fajna była ta dupa, co grała ukochaną Costnera. Choć biała, to nawet fajniejsza od Indianek. O dziwo, bo zawsze miałem ciągoty do egzotycznych dziewojek, heeee.
Reasumując — to nie jest obowiązkowy do zobaczenia film. To jest film jak najbardziej warty zobaczenia. Nie dziwi deszcz Oscarów, jakim został obsypany, bo nie od dziś wiadomo, jakie filmy preferuje Akademia Filmowa. Ja mam trochę inne kryteria, więc Oscara bym mu nie dał. Zwłaszcza że statuetka przyznana Costnerowi spowodowała dwie z największych plag historii kina. Primo — Costner uwierzył, że wielkim reżyserem jest i zaczął popełniać koszmarki w stylu „Wodnego świata” czy „Listonosza”. Secundo — Martin Scorsese, którego „Chłopcy z ferajny” przegrali z dziełem Costnera o miano najlepszego filmu, złapał wrzut na banię każącą kręcić mu coraz bardziej oscarowe filmy, a tym samym — coraz gorsze.
Ale dwie sceny sprawiły, że byłem poruszony. Jedna, jak świnie amerykańskie zabiły wilka, a druga, gdy Dunbar powiedział Amerykanom, którzy go złapali, kim jest. Tańczącym z Wilkami. To było mocne.
najlepszy moment: TEŻ ŁADNE
ocena: 7/10
