R.E.M. – Monster
rok wydania: 1994
wydawca: Warner
dalej w temacie R.E.M.
„Automatic For The People” zajmiemy sie kiedy indziej. dzis chcialbym pomowic o „Monster”, jednej z najciekawszych albumow REM, jesli nie najciekawszej. nie- najlepszej, a wlasnie najciekawszej.
bo ciekawy byl rok ’94. tak jak wczoraj wspomnielismy o tym, ze ’91 w muzyce stal zajebistoscia totalna, tak w ’94 wszystko sie pojordolilo i kapele zaczely wydawac albumy dziwne. zwlaszcza tez kregu szeroko rozuianego altrocka. na pewno w jakims stopniu wplyw na taka sytuacje miala smierc Kurta Cobaina (ktory zreszta, jak wiesc gminna niesie, przed popelnieniem samoboja planowal zalozenie zespolu z Michaelem Stipe’m), ale zadecydowalo chyba przede wszystkim to, ze to byl swietny czas dla takiego malo komercyjnego grania.
zarzykowalo tez i REM. a mogli wciaz grac jak na „Out Of Time” czy „Automaticu”, czyli przyjemnie, mocno akustycznie i, generalnie, dosyc optymistycznie. tym bardziej, ze po sukcesie artystycznym tego drugiego albumu nikt by im nie zarzucal sprzedania sie. a jednak. postanowili „przyloic”.
wezmy np taki „Let Me In” (napisany zreszta pod wplywem smierci Cobaina; caly album zas jest dedykowanu innemu tragic hero – aktorowi River Phoenixowi), gdzie cala niemal przestrzen aranzacyjna wypelnia jazgot gitary. bardziej sie to kojarzy z Sonic Youth niz poprzendimi albumami REM. znamienne, ze sam Thurston Moore sie pojawia na plycie w „Crush With Eyeliner” (i jest to udzial symboliczny takze w tym znaczeniu, ze niewiele jednak chlopaka slychac). generalnie – rzadzi aranzacyjna redukcja do rockowego minimum, a akustyczne gitary niemal w calosci zostaly wyparte przez elektryka. im bardziej przesterowanego tym lepiej. no i co chyba najwazniejsze- wiekszosc numerow ma jednak nastroj minorowy, o jakichkolwiek echach „Shiny Happy People” mowy byc nie moze.
co nie znaczy, ze chwytliwych kawalkow tu brak. moznaby nawet powiedziec, ze otwierajacy calosc „What’s The Frequency, Kenneth?”, pomimo aranzacji typowej dla tego albumu, to przeboj po linii „Man On The Moon” czy „It’s The End Of The World…”. reszta numerow juz chwyta na inny ciut sposob. np taki „King Of Comedy” intryguje swoista mechanicznoscia brzmienia, co przeklada sie takze na niepokojacy nastroj kawalka. niepokoj wywoluje tez najlepszy na plycie „Bang and blame”. „budowanie napiecia” to dosyc wyswiechtany recenzencko frazes, ale tutaj naprawde podczas zwrotek podskornie czeka sie na wybuch. i taki w frerenie de facto wystepuje. w „I don’t sleep, I dream” (mniej) i „Tongue” (bardziej) Stipe posilkuje sie falsetem, jednak Bee Geesem to jednak zdecydowanie nie traci. emocjonalny punkt kulminacyjny panowie osiagala pod koniec plyty, za sprawa „You”.
odwazna, intrygujaca plyta, budzaca mega szacun. jednak ja tych panow najbardziej lubie, kiedy graja tak ze serce roscie, a w uszy nic zanadto nie kluje. dlatego oceny wyzszej od „Out Of Time” wystawic nie moge.
najlepszy moment: BANG AND BLAME
ocena: 7,5/10