R.E.M. – Out Of Time
rok wydania: 1991
wydawca: Warner
o rajuska, o R.E.M. jeszcze tu nie bylo!!!
czym jest R.E.M., tak jesli chodzi o sklad personalny/historie, jak i ich znaczenia dla muzyki tlumaczyc nie trzeba. choc wydaje mi sie, ze stawianie w ich rzedzie z U2 i Depeche Mode jako jedyne zespoly, o ktorych sie rozmawia w Polsce jest chyba troche przesadzone. jakos nie zauwazylem wszechobecnej zajawki na R.E.M., nie znam prawie w ogole osob z syndromem „na R.E.M. to ja sie czlowieku wychowalem”. aczkolwiek faktem jest, ze lacz te trzy zespoly zadziwiajaco podobny przebieg kariery. klasyczne dokonania w latach 80tych definiujace ich styl. szczyty artystycznych mozliwosci na poczatku lat 90tych i przedluzenie pobytu na nich (tudziez zejscie z nich, zdania sa podzielone) za sprawa eksperymentow stylistycznych w drugiej polowie dekady. i totalne wypalenie w latach ostatnich, przy jednoczenym osiagnieciu statusu swietych krow rocka, ktora kazda plyte wypada ocenic przynajmniej na 4 gwiazdki w Teraz Rocku.
akurat u R.E.M. za te NAJ plyte uwaza sie „Automatic For The People”, choc imho „Out Of Time” tez mocno daje rade. dziwna sprawa w sumie z ta plyta. niby najlepiej sprzedajaca sie, co w tym przypadku jest rzeczywiscie rownoznacznie z byciem plyta nawet nie najbardziej przebojowa, co wrecz najbardziej popowa (choc akurat w kontekscie zespolu stawiajacego od zawsze na chwytliwosc takie rozgraniczenie traci lekka bzdura). z drugiej strony – gdyby wymieniac najbardziej poruszajace, najambitniejsze piosenki z katalogu Stipe’a i kolegow, to „Out Of Time” takze mialby solidna reprezentacje. na pewno dotyczy to „Country Feedback”, chyba najlepsze dokonanie lidera REM jako wokalisty. niedaleko lokuje sie rownie dolujacy, choc juz nie tak roztargany emocjonalnie „Low”. no i „Losing my religion” przeciez. kawalek w moim mniemaniu niemal perfekcyjny. aranzacyjnie niebanalny (gosh, ta mandolina), z melodia wkrecajaca sie w mozg za pierwszym razem, a i w serduszko czy inny osrodek emocjonalny mocno kluje (tekst!).
omowmy teraz te fragmenty, gdzie gore bierze chwytliwosc. na pierwszy ogien musi pojsc „Shinny Happy People”. szczerze mowiac, nie za bardzo rozumiem krytyke tego singla. tzn domyslam sie, ze chodzi o to, ze zespol z taka latwoscia piszacy przebojowe numery nie musi uciekac sie do banalu, glupkowatosci niemal. z drugiej strony – wiekszosc dzisiejszych pop-wykonawcow calowalaby w raczki za taki numer, ktory uchodzilby w ich repertuarze za najambitniejszy. inna sprawa, ze mam tez do tego kawalka zajebisty sentyment. chyba zbyt duzy.
co dalej? no na przyklad „Near Wild Heaven”, „Texarkana” i „Half A World Away”. gdzie najwyrazniej przed szereg wychodza nie tylko akustyczne gitary, ale i w przypadku dowch pierwszych kawalkow – wokale basisty Mike Mills’a. Kate Pierson z B-52’s, wspomagajaca wokalnie w „Shinny Happy People”, tworzy duet z Stipe’m w zamykajacym stawke „Me In Honey”. dla odmiany w otwierajacym calosc „Radio Song” pojawia sie sam KRS-One. choc to udzial raczej symboliczny i o altrockowej wersji „Walk This Way” czy innego „Bring The Noise” mowy byc nie moze. temat zawartosci „OOT” wyczerpuja „Endgame” i „Belong”. nudniejsze ciut fragmenty, ale do bycia zlymi kawalkami to im przezajebiscie daleko jednak.
jedna z istotnych skladowych zajebistosci muzycznej ’91 roku.
najlepszy moment: LOSING MY RELIGION
ocena: 8/10