rageman.pl
Muzyka

Michael Jackson – Stranger In Moscow

rok wydania: 1996

wydawca: MJJ

 

singlowo wciaz.

Michael, Michael, Michael… byc moze zle sie przypatruje temu co sie dzieje dookola, ale z radoscia stwierdzam, ze powolutku sie sytuacja z Jacko normuje, tabloidy juz tak nie mecza tytulami, a przypadkowi zajawkowicze daja sobie spokoj. kto wie, moze za jakis czas o Michaelu bedzie mowilo sie glownie w kontekscie najwazniejszym – czyli jego Muzyki.

wiadomo, dokonaniom solowym z lat 80tych nic i nikt nie podskoczy. jakis czas temu probowalem tu wybronic „Dangerous”, imho swietny i jakby jednak niedoceniany album. z „HIStory” wydanym pare lat pozniej juz tak latwo by nie bylo. juz sama forma wydania sprawia problem. niby skladak best-of’owy, ale nowe numery zajmuja praktycznie caly drugi krazek. niby nowe numery, ale jakis niemrawy ich zbior, niejako na dzien dobry przegrywajace porownanie z klasykami. no ale dajac sobie spokoj z zestawianiem ich z wczesniejszymi dokonaniami – nierowny to tez jak cholera zestaw. praktycznie tylko single sie bronia, a tez nie wszystkie (vide okropny „You Are Not Alone”).

ale jest tam tez kawalek kapitalny, ktory bez oporow mozna postawic w jednym rzedzie z „Man In The Mirror” czy „Human Nature”. ultraminorowy w nastroju, bedacy artystyczna odpowiedzia (nie jedyna na „HIStory”) na to, co wydarzylo sie w ’93. a konkretniej na to, jak media zareagowaly na cala sytuacje z rozprawa sadowa, w najlepszym wypadku zartujac sobie z Wacko Jacko, w najgorszym – wydajac werdykty skazujace, zanim jeszcze na sali sadowej padlo jakiekolwiek slowo zwiazane z tematem.

oczywiscie moznaby generalnie potraktowac utwor jako ballade, jedna z wielu nie tylko w repertuarze MJ, ale i na samym „HIStory”. z ta roznica, ze o ile w tej dzialce Michael mial tendencje do balansowania na granicy kiczu (czasem ja niestety przekraczajac), tak tutaj nawet sie do niej nie zbliza. wiem, to bardzo daleko posuniete porownanie (zreszta – nie moje, wiec mam alibi), ale jest w nastroju tego kawalka cos niemal… grunge’owego. jakis klimat wyalienowania, focha na caly swiat, jaki charakteryzowal kawalki pokroju „Angry Chair” czy „Fell On Black Days”. przypuszczam jednak, ze MJ nawet nie mial glowy i czasu by zainteresowac sie scena Seattle, wiec…

a byc moze instrumentalisci mieli? wprawdzie kawalek jest autorstwa Michaela, ale juz instrumentalnie to robota glownie niezawodnych panow z Toto (Lukather, Paich, Porcaro). i nie aby sie instrumentalne cuda dzialy, niemniej aranzacje mozna uznac za pyszniutka. deszczowe odglosy i inne klimatyczne wstaweczki, poczatkowo rytm jakby beatboxowy, w pewnym momencie wejscie cudnie powabnej gitarki…

tyle jesli chodzi o numer tytulowy. na singlu upakowano jeszcze 5 remixow. niestety slabych jak barszcz. housowa lupanka, w swej bezmyslnosci zupelnie gubiaca nie tylko klimat, ale i melodie oryginalu.

nie damy o Tobie zapomniec, Michael

 

najlepszy moment: STRANGER IN MOSCOW

ocena: 7,5/10

Leave a Reply