Strachy Na Lachy – Piła Tango
wydawca: SP Records
znaj swego wroga, hehehehe.
ok, here’s the fact: dosyc odrzuca mnie klimat, ktory okreslmy mianem „licealne rockowanie po polsku”. nigdy nie bylem na przystanku woodstock i zajebiscie dobrze mi z tym. na tyle irytuje mnie perspektywa nieuchronnego ocierania sie o pogujacych, spoconych kolesi (a takze, co smutniejsze, kolesiowy) na koncercie, ze przestalem zupelnie uczestniczyc w tego typu eventach. no i co najwazniejsze – samej Muzyki tego nurtu tez nie ogarniam.
tyle ze o ile moge powiedziec, ze wspomnianej „brudasowej” otoczki wokol zespolow szczerze nie cierpie, tak o nich samych w ten sam sposob powiedziec nie moge. nie jest moim marzeniem, by muzyka Hurtu, Happysadu czy Farben Lehre przepadla, zostala ostatecznie unicestwiona czy zakazana. chocby dlatego, ze nawet tym zespolow trafiaja sie piosenki, ktore potrafia mnie ruszyc. ale nie bylbym chyba w stanie sluchac i emocjonowac sie plytami tych kapel.
sa zreszta wyjatki od powyzszej reguly. albo inaczej – kapele/artysci, do ktorych ustosunkowanie sie przychodzi mi ze znacznie wieksza trudnoscia. chocby do pana Grabowskiego, Grabazem zwanym. o tyle to specyficzna sytuacja, ze to wlasciwie chyba jego mozna uznac za ojca wyzej opisanego gatunku. to na podstawie koncertow Pidzamy Porno nasi rodzimi szansonisci doszli o wniosku, ze polaczenie licealistkek w arafatkach, studentek polonistyki oraz wielbicieli podejscia „trzy akordy darcie mordy” daje calkiem pokazny i wdzieczny target.
tyle ze no wlasnie: raz, ze nie sadze, by Grabaz zakladajac Pidzame Porno (a takze ja reaktywujac po pewnym czasie) kierowal sie takimi koniunkturalnymi pobudkami. dwa, ze z wywiadow wnioskuje, ze to calkiem sympatyczny i nieglupi facet. punkt trzeci dotyczy Grabaza-teksciarza, ale o tym pozniej. no i last but not least – mimo wszystko Strachy Na Lachy, w ktorym Grabaz od paru lat realizuje sie „na wylacznosc”, jest znacznie lepszym zespolem niz Pidzama Porno.
chociaz… no tez Strachom zdecydowanie daleko do doskonalosci. podoba mi sie, ze choc chyba polowa skladu tworzyla jednoczesnie trzon PP, to tutaj wykazuja sie o wiele wieksza pomyslowoscia w kwestii aranzacji, takze klimatow piosenek. zreszta poczatkowo SNL mialo byc odskocznia od polo-punkujacej Pidzamy. Strachom pod wieloma wzgledami blizej do filozofii muzykowania reprezentowanej przez Manu Chao. nie abym specjalnie przepadal za tym ostatnim, ale zdecydowanie wole to niz irokezy, jarociny, te klimaty. nie abym doznawal przy dzwiekach akordeonu, latino klimatach w „Liscie do Che” czy „Strachach Na Lachach”, ale imponuje mi wrecz ich obecnosc. normalnie to wszechobecne tu polskie rege, ska rytmika typu „umpa-umpa” i tak jakas wszechobecna polska przasnosc psuja mi krew, ale poprzez ten album w znacznie mniejszym stopniu niz w przypadku jakiejkolwiek plyty wymienionych wyzej zespolow.
kwestia jednak tez jest taka, ze jedna z podstawowych zasad mojej muzycznej filozofii brzmi „Swietna melodia ci wiele, a moze nawet wszystko wybaczy”. a takich na tej plycie wiele nie ma. co utwierdza mnie w przekonaniu, ze Grabaz swoja popularnosc, a nawet legendarnosc zawdziecza zdecydowanie nie talentom songwriterskim. troche przykra sprawa, ze byc moze najfajniejsza melodia tutaj – „Czarny Chleb, Czarna Kawa” – to stara wiezienna przyspiewka. slabo, kiedy cover jest najpopularniejszym utworem w repertuarze danego zespolu. a swiadomosc, ze fani stawiaja wyzej piosenke jakiegos recydywisty od naszych wlasnych wypocin musi byc zupelnie dobijajaca (ale o casusie Tymona i „Chryzantem Zlocistych” zapomnijmy na chwile, ok?). zreszta, byc moze Grabaz sam dostrzegl problem, skoro dwie kolejne plyty SNL wypelniaja w calosci covery. inna sprawa, ze SNL jakimis zajebistymi interpretatorami pokroju Hendrixa tez nie sa, o czym swiadczy chociazby drugi cover na „Pile” – Perfectowy „Co sie stalo z Magda K.?”.
dobra, ale o udanych, autorskich melodiach mialo byc. takie tez tu sa. na pewno „Zimne Dziady Listopady”. majestatyczne, z kapitalna partia flecikow, usilnie mi sie kojarzacych ze spokojniejszymi fragmentami w repertuarze wczesnego 2Tm2,3. intryguje nastepujacy po nim, a jednoczesnie zamykajacy plyte „Pogrzeb Krola”. wnioskuje ze poswiecony przywolanemu w tekscie, zmarlemu poltora roku przed wydaniem plyty Jackowi Kaczmarskiemu. kapitalna partia trabki made by Tomasz Zietek i zaskakujacy „ficzuring” Zbigniewa Zamachowskiego. moze sie podobac trakc tytulowy (zwlaszcza fanom Kolejorza, hehe). acz moim faworytem jest popowy do bolu „Dzien Dobry, Kocham Cie”. sam nie wiem, byc moze dziala tu zjawisko guilty-pleasure’owosci… tak, to na pewno to. bo refren tego kawalka, jego tekst – „Dzien dobry, kocham Cie, juz posmarowalem toba chleb” – to jest tak niedorzecznie glupawe, ze az swietne.
no i tu dochodzimy do byc moze najwiekszego waloru plyty – teskty Grabaza. nie doznaje przy nich, nie czytam do poduchy, nie analizuje. nie wiem czy to Poezja, czy poezja, czy polpoezja, pseudopoezja czy kicz. lubie po prostu te teksty, dobrze mi sie z nimi obcuje. i tyle. „Glosniej puka nam do drzwi dyktatura zoltych lisci”? jestem na tak, niewiele mi w tym temacie trzeba. na 6 i pol punkta starczy.
najlepszy moment: ZIMNE DZIADY LISTOPADY
ocena: 6,5/10
