Strachy Na Lachy – Autor
wydawca: SP Records
jak pisalismy juz wczoraj, w pewnym momencie Grabaz uznal, ze naprodukowal tyle przebojow (hmmm…), ze teraz wezmie sie za coverowanie. na pierwszy ogien poszla wydana 2 lata po „Pile Tango” kolekcja piosenek Jacka Kaczmarskiego.
nie bede udawal – raczej obca jest mi muzyka zmarlego w ’04 roku barda. oczywiscie jestem swiadom, jak wazna to jest postac dla historii Polski, tak muzycznej jak i „ogolnej”. niemniej nigdy nie kusilo mnie, by obcowac z jego numerami jakos czesciej niz „przy okazji”. byc moze to kiedys nadrobie, nie mowie nie. na razie moja znajomosc jego piosenek ogranicza sie do oczywistych „hiciorow” pokroju „Murow”, „Zrodla”, „Naszej Klasy” itp itd.
w tym momencie plus dla Grabaza, ze siegnal po mniej znane utwory Kaczmarskiego. przez co troche wyzej mozna ocenic jego plyte niz wydana w tym samym roku „A Ty Siej” Habakuka, gdzie selekcja utworow jest bardziej oczywista. no a poza tym odbiera mi mozliwosc porownywania do oryginalow. punkt dla niego. dlatego bedziemy oceniac tak, jakby to byla plyta Strachow.
i jako taka zaczyna sie srednio ciekawie. w odpowiedzi na pytania dotyczace inspiracji podczas nagrywania „Autora” (poza Kaczmarskim, of course) Grabaz mowil o tym, ze Manu Chao zostal zastapiony przez kapele pokroju Arcade Fire czy The Decemberists. i rzeczywiscie – slychac zmiany. przy zachowaniu umiarkowanego bogactwa aranzacji jakos mniej tu wczesniejszej przasnosci i biesiadnosci. choc wciaz fani plyt pokroju „Neon Bible” nie maja tu czego szukac. zwlaszcza w pierwszych czterech piosenkach. nie dziwie sie, ze na singiel wybrano „Czerwony autobus”. z calym szacunkiem dla Autora oryginalu, ale to jest idealny utwor dla Strachow, jakich nie cierpie.
prawdziwa zabawa dla mnie zaczyna sie dopiero od 5 kawalka. czyli „Walki Jakuba z Aniolem”. dla mnie najbardziej tu przebojowego kawalka, ale w zupelnie nieStrachowy sposob. kapitalna partia gitary, lekkosc kojarzaca sie z The Cure’m z kawalkow pokroju „Friday I’m In Love” czy „Just Like Heaven”… w kontekscie dotychczasowej tworczosci SNL – rewolucja. nowa rockowa rewolucja. klaniaja sie kapele pokroju The Strokes, no joke. jestem na tak.
nie przekonuje mnie do konca przedostatni „Encore jeszcze raz”, natomiast utwory z nim sasiadujace – „Szklana Gora” i „Kazimierz Wierzynski” to autentyczne bossostwo aranzacyjne. tak, bede bronil tych utworow wlasna piersia bo potwierdzaja to, o czym pisalem wczoraj. ze Grabaza nie mozna stawiac na rowni z wypierdkami z Farben Lehre czy Akurat. choc tak gwoli sprawiedliwosci to wielkosc tych wersji jest zasluga Kozakiewicza i Bartkowiaka, muzykow SNL, ktorzy objeli kierownictwo muzyczne przy tej plycie. tu juz mamy Joy Division i najbardziej zdolowany The Cure jak w morde strzelil. powaznie. chlodny bas, industrialne wtrety, atmosferyczne gitary… gdyby cala plyta stala na takim poziomie, to uznalbym SNL za godnych pretendentow do miana „polskiego Joy Division”. AND I REALLY MEAN IT.
niestety, nie cala plyta tak wyglada. ale to nie jest najgorsze tutaj. zacznijmy tak – duzo na tej plycie dotajemy w ramach bonusu. chocby trzy remixy, z czego najlepszy jest „Szklana Gora” w tak zwanej „Wersja Wolny Tybet” (Tybet glownie sprowadza sie do tego, ze w aranzacji dodano charakterystyczne „pohukiwania”, ale jest okej). ale to nie wszystko. bo np dodano do calosci… czysta plyte. z nadrukiem, ale czysta. po co? ano przyczyne wyjasniono w ksiazeczce w ten sposob: na plycie „Autor” mialo sie znalezc pierwotnie 10 piosenek. w tym „Autoportret Witkacego” i „A my nie chcemy uciekac stad”. niestety autor muzyki do tychze – Przemyslaw Gintrowski – nie zgodzil sie na umieszczenie tych piesni w takich wersjach, jakie zaproponowal Grabaz i spolka. co, wg tego osttaniego, zburzylo zupelnie plan na koncept calosci, z misternie ulozona tracklista. dlatego wydawca plyty daje sluchaczom mozliwosc wypalenia na plycie piosenek w takiej kolejnosci, jaka uznamy za najlepsza. skoro najlepsza wg Grabaza uniemozliwiono do zrealizowania.
i teraz tak: mily to gest, acz imho zupelnie niepotrzebny. w koncu cd-r kosztuje niewiele, a i w winampie mozna sobie ustawic kolejnosc. bardzo slabe jest obwinianie Gintrowskiego za to, ze nam idealny koncept na album nie wyszedl. to jest Swiete Prawo autora, by miec kontrole nad tym, co sie wyczynia z jego tworczoscia, jego „dziecmi”. moze sobie nawet sie nie zgadzac na to, by ktokolwiek inny wykonywal jego piosenki, jesli uzna, ze tlyko on sam jest w stanie oddac sens w nich zawarty. a teraz, UWAGA, bedzie najlepsze. otoz w zwiazku z nie-za-fajna decyzja Gintrowskiego TRZEBA bylo umiescic na plycie Strachowa wersje „Murow”, pierwotnie nie planowana na plyte. i tak wlasciwie po zapoznaniu sie z nia trudno dziwic sie Gintrowskiemu i jego uprzedzeniu. bo ta wersja „Murow” jest P O M Y Ł K Ą. wybaczcie, ale nawet nie chce mi sie tlumaczyc czemuzto tak. i nie ma, ze zespol zostal „zmuszony” (WTF, tak w ogole?) by umiescic ten cover. po jego stworzeniu powinni natychmiastowo spalic tasme, zapomniec i nigdy o tej wersji „Murow” nie myslec. ta wersja jest tak beznadzieja, ze niestety rzutuje mi na calosc oceny „Autora”. ktory, pominawszy tragedie spod indeksu szostego, prezentuje sie zdecydowanie najlepiej w dyskografii SNL.
najlepszy moment: SZKLANA GÓRA
ocena: 6,5/10
