Tesco Value – Songs For The Gatekeeper
wydawca: DIY
gdzies tak w pierwszym kwartale 2008 roku ni z gruchy, ni z pietruchy ze swym „Debiutem” wyskoczyl projekt o dziwacznej nazwie Czeslaw Spiewa. ostro propagowany przez swego wydawce – Mystic’a, rekomendowany w tychze materialach reklamowych przez takie tuzy jak Nergal czy Nosowska. jednoczesnie prawie w ogole nie bylo mowy o tym, kto sie kryje za ta specyficzna nazwa. fotek jakichkolwiek brak, wszysto co promowalo CŚ osadzone bylo w konwencji rysunkowej. pierwsze i zdecydowanie najglupsze skojarzenie bylo takie, ze ktos postanowil wydac plyte najpopularniejszemu bohaterowi „Wlatcow moch” (i oczywiscie niezle przy tym zarobic, zwazywszy na owczesna popularnosc kreskowki). z czasem sie okazalo, ze tak naprawde chodzi tu o jednego faceta – Czeslawa Mozila, Polaka zamieszkalego w Danii. stad ten smieszny akcent w piosenach.
nieszczesciem Czeslawa okazalo sie to, ze juz pierwszy singiel z jego plyty – „Maszynka do cwierkania” – okazala sie byc jednoczesnie jego najwiekszym przebojem. i to przebojem w pelnym tego slowa znaczeniu. czyli uwzgledniajacy rowniez promocje w generalnie olewajacych na calej linii cokolwiek spoza majorsowego ukladu media. piesn, ktora byla w stanie spodobac sie zarowno fankom Happysada, jak i ich rodzicom, a nawet i babciom (ah, ten akordeon). i jak to tak, taki koles ma czelnosc jeszcze utozsamiac sie w alternatywnym graniem? kwestia czasu bylo wrzucenie Czeslawa do jednego worka z Hurtem i Strachami przez so-called powaznych krytykow i snobosluchaczy. a wlasciwie do dwoch workow, bo w miedzyczasie utworzono specjalna szufladke dla klimatow typu Maria Peszek czy LUC, do ktorej Mozila tez postanowiono upchnac. czyli „Liceum, polska pseudoalternatywa, gowno, nie sluchac, zapomniec”. a wystarczyloby przylozyc do propozycji Mozila czysto radio-popowa miare. dostrzec, ze nawet jesli koles nie jest songwriterskim bossem i fabryka przebojow, to jednak udalo mu sie ustrzelic pare trackow, ktore swymi melodiami najzwyczajniej w swiecie ciesza ucho. bo w koncu o to chodzi w popie, tak? a przy tym wszystkim ma koles pomysl na siebie. moze jego glos dzialac na nerwy, moga teksty przyprawiac o zalamywanie sie rak, moze estetyka aranzacji tez nie przemawiac, ale przynajmniej jest to JAKIES. w Polandzie na takie rzeczy trza wciaz zwracac uwage i doceniac. a tak w ogole to Czeslaw to przemily koles. w niewielkim stopniu, ale empirycznie sprawdzone.
byc moze jednak najwazniejsze jest przypominanie o tym, ze Czeslaw nie wzial sie znikad, nie jest produktem genialnego umyslu szefa Mystica (choc biorac pod uwage fakt, ze wykonawcy z niezaleznych wytworni polskich maja na starcie przesrane to moznaby uzc takiego sformulowania i to jako komplement). „Debiut” paradoksalnie jest ukoronowaniem drogi artystycznej Mozila, a nie jego poczatkiem. bo od 2000 roku stoi on na czele polsko-dunsko-szwedzkiego zespolu o takze przeuroczej nazwie Tesco Value. i naprawde jest spore prawdopodobienstwo, ze antyfani Czeslawa Spiewa pozytywnie zareaguja na muzyke Tesco Value. takze na ta zawarta na omawianym dzis drugim albumie, ktory w ubieglym roku doczekal sie polskiej reedycji.
moze sie Czeslawowym hejterom spodobac, choc nie jest to tak zupelnie rozne od tego, co znalazlo sie na „Debiucie”. wciaz rzadzi jakby bajkowy klimat, napedzany tymi samymi elementami co w przypadku solowej dzialalnosci Mozila – akordeonem i jego dzieciecym, ultracharakterystycznym wokalem. dopiero przy wnikliwszym podejsciu mozna dostrzec, ze znacznie wiecej jest roznic niz podobienstw miedzy TV i CŚ. primo – zdecydowanie mniej to przebojowe, trudniejsze w zapamietaniu. nie ma szans by wykroic stad cos nadajacego sie na singla, nie mowiac juz o przeboju na miare „Maszynki”. paradoksalnie mi sie taa sytuacja podoba, pomaga w traktowaniu „Songs” jako calosci.
dalej – Tesco Value to zespol. poza obecnoscia akordeonu – dosc tradycyjny. wprawdzie mnostwo tu „smaczkow” typu chory, organy, wiolonczele, niemniej calosc opiera sie na oczywistym szkielecie gitara-bass-perkusja. przez co zdecydowanie latwiej jest umiescic TV na rockowej mapie anizeli Czeslawa, ktory Spiewa. zreszta, nie tylko tym objawia sie rockowosc materialu. i tu dochodzimy do najwaznieszego wniosku, niejako syntezujacego wszystkie poprzednie: ta muzyke naprawde da sie okreslic mianem alternatywnej. tu nie ma wykladania kawy na lawe, trza pomyslec przy odsluchu, czasem wrecz sie przemeczyc. tych znajacych Mozila z „Maszynki” zdziwia sie slyszac takiego „Turnusa” czy „Along Came A Spider”. zreszta Mozil z kompanami chyba uwielbiaja takie dysonanse muzyczne, niemal wywolywanie dyskomfortu u sluchacza. czy to dzielac piosenke na dwie czesci – lagodna i z „pierdolnieciem”- jak w dwoch wczesniej wymienionych piosenkach, czy to na szerokosci aranzacji, zestawiajac chore (omentami industrialne wrecz) dzwieki z niewinnym wokalem Mozila czy dzwoneczkami i innymi pierdolami. zreszta sam Czesiek tez nie ogranicza sie do delikatusnego spiewu – co i rusz gdzies sie wydrze w aranzacji, we wspomnianym „Spiderze” to nawet bluzgami rzuca. po polsku!
a wlasnie – tak na dobra sprawe chyba najwiekszym lacznikiem Tesco Value z Czeslawem Spiewa sa teksty. a wlasciwie ich poziom. wprawdzie tutaj – tak jak melodie – popelnione w calosci przez Mozila, jednak to wciaz klimat godny sklejkowym tworom internautow z „Debiutu”. i wcale nie pomaga fakt, ze poza jednym wyjatkiem cala reszta lirykow jest po angielsku. choc fakt, ten polski wyjatek – „Prosze sie nie bac” – nalezy chyba do najbardziej kuriozalnych fragmentow. a juz ta koncowka, z Czeslawem wykrzykujacym „Prosze sie nie bac wszystkich malych chlopcow co lubia sie schylac” – czysta groteska. to ja juz zdecydowanie wole „Znalazla raz pewna pani aparat do bani”. przykre to, bo ta muzyka naprawde zasluguje na lepsze teksty. a tak to trzeba wlaczyc totalnego ignore’a na ten aspekt plyty, by czerpac z niej przyjemnosc.
niemniej – pozytywne zaskoczenie. nie wiem czy na ubieglorocznej reedycji dokonano jakichs zmian w materiale. ale nawet jesli tak – dajcie mu szanse.
najlepszy moment: BOTTANY PLAY
ocena: 7/10
