In Memoriam: Keith Flint (17.09.1969-04.03.2019)
Smutny był to dzień dla pokolenia wychowanego w latach 90-tych. O ile jednak o „Beverly Hills 90210” i grającym tam Luke’u Perrym zapomniałem wraz z nastaniem nowej dekady i wkroczeniem w dorosłość (a i sam aktor chyba nie potrafił się odnaleźć poza serialem aż do niedawna, kiedy ponownie podbił serca młodzieży rolą w „Riverdale”), tak muzyka The Prodigy rezonowała w mojej głowie w mniejszym bądź większym stopniu cały czas. A razem z nią wokale Keitha Flinta.
Ok, wiadomo że mówiąc „The Prodigy” myślimy „najntisy”. W zależności w którym roku na początku lat 80-tych się urodziłeś, inna płyta „The Prodigy” była dla Ciebie sprawą pokoleniową. Ci najstarsi mieli fazę na „Expierience”, trochę młodsi na „Music For The Jilted Generation”. Ja się załapałem na końcówkę zajawki tą drugą, ale już premierę „Fat Of The Land” pamiętam bardzo dobrze. Najpierw kiedy wyszedł „Firestarter” – można rzec tour de force Flinta-wokalisty, a zarazem Flinta-wizualnej ikony popkultury tamtej dekady, z TĄ fryzurą. Potem zaś (a konkretnie rok później, czyli w ’97) gdy światu objawił się album z krabem na okładce. Wtedy odlecieli już wszyscy. I mean, WSZYSCY. Aktualni i przyszli dresiarze, metale, czytelnicy Bravo, popersi, skejtuchy, normalsi. Kiedy spędzaliśmy całe dnie na podwórku i ktoś (prawdopodobnie ten, kto akurat miał szlaban na wychodzenie z domu) akurat miał ochotę rozkręcić imprezę wystawiając kaseciak na balkon/przez okno, prędzej czy później musiał zapuścić coś z „Fat Of The Land”. Po całym dniu zaś wracało się na chatę by odpalić MTV lub Vivę i polowało się na klip do „Breathe”, który to – przyznaję – do dzisiaj mam opory by oglądać samemu. Ci bardziej wytrwali (lub z bardziej wyrozumiałymi rodzicami) mieli szansę w późniejszych godzinach upolować klip do „Smack My Bitch Up”. A jak komuś się nie udało żadnego z tych klipów złapać to musieli czekać do kolejnego wydania „30 Ton”, by zobaczyć chociaż fragmenty tych klipów.
Tak, to se ne vrati.
Ale w zamierzeniu ten wpis nie miał być wspominkowy, chociaż opis backgroundu historycznego uznałem za niezbędny dla zrozumienia, dlaczego ta śmierć w popkulturalno-artystycznym świecie jest tak bardzo dotykająca. Co tym ciekawsze, bo mówimy o człowieku, który ani nie pisał piosenek zespołu, a śpiewał na czterech z siedmiu albumów, a i tam na nie więcej niż w połowie piosenek. Czyli może nie casus Skiby w Big Cycu, ale generalnie impakt studyjny trudno uznać za nie-do-przecenienia. A jednak już poza studiem to Flint rządził tym zespołem – jego wizerunkiem, koncertową prezencją, medialnością. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że też to on odpowiadał za ten pierwiastek rockowy, który przyciągał „kuców” i „jaboli” do tego zespołu, a i też pozwalał mu się odnaleźć na składankach (nie wiem czy słowo „playlista” już wtedy istniało poza światem radiowców) pomiędzy Nine Inch Nails i Rammsteinem. No i, last but not least, o tym że nie byłoby The Prodigy bez Flinta przypomina fakt, że to Flint właśnie nakłonił Liama Howletta do założenia zespołu. W którym, podobnie jak Leeroy Thornhill, miał odpowiadać tylko za… taniec podczas koncertów i na klipach. Jak się z czasem okazało, ten drugi poza tańcem nie miał zespołowi nic do zaoferowania (i to jego można chyba nazwać Krzysztofem Skibą tej kapeli) i po „Fat Of The Land” opuścił kramik, a Flint wyrósł na jednego z najlepszych frontmanów jakich dała muzyka elektroniczna.
W związku z powyższym trudno wyobrazić sobie, by koniec historii Flinta nie oznaczał również końca The Prodigy. Uczciwie rzecz ujmując w 2019 roku nie jest to aż tak wielka strata dla Muzyki – na późniejszych albumach były momenty („Spitfire” to moja ścisła czołówka ich tracków), ale całościowo nie zbliżały się one do poziomu ustawionego w latach 90-tych. Ale koncertowo to wciąż była absolutna petarda, o czym mogłem się przekonać w 2008 na festiwalu Creamfields we Wrocławiu (tak, kiedyś się takie cudo u nas odbywało). I niestety tylko wtedy, co jest o tyle dołujące biorąc pod uwagę fakt, że grali u nas niemal co miesiąc, obstawiając wszystkie festiwale od Jarocina po Open’era. „Dobra, będzie jeszcze na pewno okazja to ich zobaczę”. No niestety.