rageman.pl
Muzyka

The Fratellis – Costello Music

rok wydania: 2006

wydawca: Drop The Gun

 

jak juz wspominalismy przedwczoraj, jest indie i „indie”. The Fratellis naleza zdecydowanie do tej drugiej kategorii.

wiecej – oni sa wrecz jego encyklopedycznym przykladem. naklejeczka na okladce zawiera cytaty z brytyjskiej prasy. „fantastic”, „brilliant” i oczywiscie niesmiertelne „next big thing”. komercyjny sukces plyty (co ciekawe, w USA tez ich troche zauwazyli) oparty glownie na zajebistosci singla „Chelsea Dagger”, nagrody BRIT i nagle dwa lata pozniej przy okazji premiery drugiej plyty okazuje sie, ze psa z kulawa noga nawet nie obchodza. klapa, zespol robi sobie przerwe w dzialalnosci na czas nieokreslony.

czy znaczy to jednak, ze debiutancki album szkotow „Costello Music” jest zly? nie. po prostu nalezy go mierzyc inna miara niz plyty chocby takich The White Stripes, nie mowiac juz o tru indi. widzicie, ja np nigdy nie rozumialem takich ludzi (z calym szacunkiem) jak Rafal Ksiezyk. ktorzy rytm 4/4 uznaja za szczyt prostactwa, a schemat zwrotka-refren za najwieksza zmore w dziejach Muzyki. oczywscie, nie jest dobrze kiedy czlowiek ogranicza sie w szeroko pojetej Sztuce do rzeczy lekkich-prostych-i-przyjemnych. ale byc moze jeszcze smutniejsze jest, kiedy ktos nie wystawia nosa poza to co elitarne, wysmakowane, artsy, niebanalne itepe itede. zazwyczaj oznacza to, ze taki czlowiek nigdy w zyciu nie byl na najtradycyjniejszym melanzu, a na imprezach rodzinnych zapewne nie gada ze swymi kuzynami ze wsi, bo uwaza sie za lepszego. na pochybel. ja tam tyle samo frajdy mam z Finchera, jak i Emmericha. robi mnie zarowno Monty Python, jak i Jim Carrey jako Ace Ventura (sobie wczoraj przypomnialem, zajebisty byl). kwestia rozroznienia oczekiwan.

wlasciwie juz pierwsza piosenka – „Henrietta” – zapowiada z czym bedziemy mieli do czynienia. proste, kinksoowo-jam’owe rockandrollowe granie inspirowane analogowymi wydawnictwami brytyjskimi (okladka jest swietna moim zdaniem, tak swoja droga) sprzed 40 lat. bez aranzacyjnych kombinacji, za to z nastawieniem na przebojowosc, rozchulanie prywatki, spiewy na koncertach, melanze, awantury w hybrydach… i chociaz kusi, by zamiast terminem indie poslugiwac sie bardziej oddajacym istote rzeczy poprockiem, to jednak do Feela czy Iry jest troche daleko. bo wezmy chocby wspomniany, zdecydowanie najlepszy „Chelsea Dagger”. niby przeboj, ale przypuszczam ze Szymon Wydra nie wpadlby na tak genialny pomysl, by refrenem uczynic banalny do bolu i zajebisty zarazem zaspiew kibicowski. w refrenie nie pozwolilby swoim wioslowym na takie zgrzytoprzestery, a sam pewnie nie bylby w stanie wokalnie pozwolic sobie na taki luz. wszak nazwa „Carpe Diem” zobowiazuje, co nie.

i chociaz, nawet jak na plyte nastawiona na noworockowa bandyterke i przebojowosc, troche za malo tu zroznicowania, to jednak pare numerow moze jeszcze zaintrygowac. 'Everybody Knows You Cried Last Night” ma kapitalna solowkowa wstawke (czy tylko ja tam slysze Led Zeppelin?), „Creepin’ Up The Backstairs” handclapy, a „Whistle For The Choir” perwersyjnie przyjemny, country’owy posmak.

a wiecie co lubei najbardziej w takich kapelach jak Kooks, Arctic Monkeys czy Fratellis wlasnie? ten obezwladniajacy brytolski klimat. slucham tych plyt, tych piosenek i chociaz tak na dobra sprawe to po wybrzmieniu ostatniej nuty praktycznie o nich zapominam, to na te pare minut/godzine przenosze sie do londynu. gdzie o 5 popoludniu nie ma miejsca w barze, w sklepach wieczna wyprz, na pasach przechodzi kate moss, dwupietrowe autobusy, bursztynowy swierzop i dziecielina pala… ahhhhh

 

najlepszy moment: CHELSEA DAGGER

ocena: 7,5/10

Leave a Reply