Acid Drinkers – Fishdick Zwei – The Dick Is Rising Again
wydawca: Mystic
dzis skrajnie nietypowo. bo o metalu. a takze o plycie, ktora ma mniej niz 10 lat. ba, mniej niz tydzien!
ale sytuacja jest wyjatkowo. o uwielbieniu dla Kwasozlopow, jako ewenementu na polskiej scenie metalowej, juz pisalem. dlatego tak jak znacznie mniej niz kiedys trzymam reke na pulsie tej sceny, tak pacjenta zwanego Acid Drinkers staram sie dogladac regularnie. byc moze terminologia jaka tu zastosowalem nie jest najbardziej odpowiednia – wszak ciekawosc, a wrecz obawy, w tym zakresie zwiazana byla w sporzej mierze z tragicznym wypadkiem sprzed dwoch lat. sporo fanow na pewno bylo spokojnych – skoro zespol przezyl odejscie masterminda kapeli, jakim byl Litza, przezyje wszystko. ale nie ma chyba potrzeby tlumaczyc, ze odejscie Olassa nie bylo zwyklym pozegnaniem sie z kapela. i fakt, ze juz pol roku pozniej jego miejsce zajal niejaki Jankiel (wczesniej techniczny AD, dzis takze gitarzysta Flapjacka, takze i tu po Olassie…) niespecjalnie te obawy niwelowal. dodatkowa konsternacje wzbudzila wiadomosc o tym, ze panowie na nastepce swietnie przyjetego „Verses Of Steel” (jedynego wydawnictwa zespolu z Olassem na pokladzie) zaplanowali sequel legendarnego „Fishdicka”. choc akurat ten fakt wyszedl na jaw nie tak dawno temu, wiec obawy nawet nie mialy czasu przybrac na intensywnosci.
dzis, kiedy Rybifiut Drugi jest na rynku i w domach wiekszosci polskich metalheadow, mozna przyznac wprost – to byl dobry ruch. bo po pierwsze – brakowalo juz troche Acidow w jajcarskim wydaniu. to ich pierwsza wyluzowana plyta od… 10 lat? sporo, niektorzy pogodzili sie juz nawet z faktem, ze panowie spowaznieli. po drugie – taka lajtowa plyta jako oficjalne rozpoczecie studyjnej wspolpracy z Jankielem to dobry znak: Perla tez zaczal z Acidami przygode od rockandrollowego „Amazing Atomic Activity” (zreszta ow ostatniego lajtowego albumu), a pamietamy dobrze ile dobrego przynioslo jego pojawienie sie w skladzie…. przynajmniej moim subiektywnym zdaniem. no i po trzecie, najwazniejsze. „Fishdick”, choc jak 99% sequeli nie przebija pierwowzoru, to kapitalna plyta.
na pewno jedno mozna przyznac Fishdickowi 2 – jest bardziej wszechstronny. dla niektorych pewnie zbyt wszechstronny. Ray Charles, Frank Sinatra, Donna Summer? co to ma byc? ale paradoksalnie najbardziej zaskakuja te przerobki, po ktorych spodziewano sie, ze beda ostoja metalowej normalnosci na tej plycie. tymczasem Slayerowy „Season In The Abyss” po klasycznym, posepnym intrze zmienia sie w … country. a wlasciwie to hillbilly nawet. przypuszczam ze od 1 wrzesnia, kiedy „F2” pojawil sie w sklepach, paru thrashmetali zaliczylo przedwczesny zawal. tym bardziej, ze pare indeksow dalej czai sie „Nothing Else Matters”. z goscinnym udzialem Czeslawa, ktory Spiewa. bardzo w jego stylu. czy trzeba pisac wiecej? na niewiele zdaje sie fragmentaryczne pieprzniecie w refrenach.
sporo batow („kurwa, Acidzi zaczeli grac discopolo” – Kielich) zebral tez wybrany na singiel „Love Shack” B-52’s. nieslusznie. bo o ile covery Mety i Slejera rzeczywiscie trudno inaczej traktowac niz w kategorii zartu, ktory nawet bedac najlepszym znudzilby sie po paru przesluchaniach, tak ten numer to kapitalne przypomnienie tego zapomnianego klasyka. sami acidzi niewiele sie napracowali, bo to wlasciwie tylko czadowe podrasowanie pierwowzoru, ale ci panowie zasluzyli sobie na tak przebojowy punkt w dyskografii ostatnich lat. nawet jesli jest on zapozyczony. no i bajeczne sa te wokale Ani Brachaczek z Biffa. ESKA Rock powinna pasc na kolana, jesli juz na nich ne kleczy.
reszta juz az tak nie zaskakuje, choc wciaz potwierdza otwartosc glow Kwasozlopow. „Ring Of Fire” Casha to petarda idealna na otwarcie plyty. nastepny w kolejnosci „Hit The Road Jack” Charlesa najsilniej uwypukla jeden z licznych walorow plyty – perkusja na tej plycie MIAZDZY. moze troche kosztem innych instrumentow, ale i tak chocby z tego wzgledu ta plyta powinna przejsc do historii polskiego metalu. Slimak po raz kolejny udowadnia, ze w swym fachu nie ma w polsce rownych. choc moze tez takie a nie inne brzmienie to zasluga tego, ze stery producenckie przejal wlasnie Slimak… zreszta Slimak jest dla mnie bohaterem tej plyty nie tylko jako perkman i producent, ale takze jako… wokalista. „Et Si Tu N’existais pas” to niemal idealny przyklad na to, ze jajcarski cover moze byc rowniez genialny z czysto artystycznych wzgledow – juz same akustyczne zwrotki ujmuja bez litosci, a przeciez sa tu jeszcze kapitalnie skonstruowane pseudorefreny z genialnie wtopionymi w siebie nawzajem przesterowana gitara i smykami. calkiem niezle radzi sobie tez wokalnie Popcorn w Keith Richardsowym „Make No Mistake”, w ktorym, podobnie jak kolega zza perkusji, przeistacza sie wokalnie w amanta-luzaka. tu takze zreszta pojawia sie gosc wokalny w postaci niejakiej Gosi Witkowskiej. by jeszcze wspomniec o dosc dlugiej liscie plac – jako realizator i basista zespol wspomaga (jak zwykle, mozna by powiedziec) Perla. tu i owdzie numery solowkami okraszaja Jahnz z Nalesnika oraz Vogg z Decapitated, a w zyciowym wykonie wokalnym Slimaka za perkusja zastepuje go Jarek Kozlowski, perkusista Biff’a obecnie, a przez dluzszy czas Pogodna.
bywaja tu momenty jednoznacznie kiepskie, owszem. „Detroit Rock City” Kiss spartaczono, a po przerobkach Led Zeppelin i Red Hot Chili Peppers tez troche chyba jednak wiecej sie spodziewalem. ciezko powiedziec, jak historia oceni covery thrashowcow. summa sumarum jednak powrot uwazam za jak najbardziej udany. UP THE ACIDS!
najlepszy moment: ET SI TU N’EXISTAIS PAS
ocena: 7,5/10
