(hed) p.e.
kto: (hed) p.e., What A Funk, MopS
Są czasem takie koncerty, którym obiektywnie nie można nic zarzucić, ale mają jedną solidną wadę – wydarzyły się w złym momencie. Nie chodzi o okoliczności (tu się wręcz poszczęściło, bo dwa dni później i być może trzeba byłoby odwoływać ze względu na żałobę narodową), a raczej umiejscowienie w czasie w skali makro. Innymi słowy – powinien ten koncert odbyć się tak z co najmniej 15 lat temu.
Wtedy to, kiedy łykałem numetalowe nowinki jak młody pelikan, w ucho wpadł mi „Broke”, drugi album ekipy o dziwacznej nazwie (hed) p.e. Oczywiście jak większość składów mieszali tę swoją rockerkę z rapsami, ale był w tym wszystkim intrygujący vibe, który dopiero po latach zidentyfikowałem jako wpływ Bad Brains. Generalnie – jarałem się opór. Niestety wraz z odpływem numetalowej fali zakończył się moment prosperity dla zespołu – tak artystycznie (chociaż drobne przebłyski były), jak i przede wszystkim komercyjnie, wydając kolejne płyty w coraz bardziej niszowych labelach. W efekcie tegoż koncert, który na początku tego stulecia być może nawet wypełniłby Stodołę, dzisiaj miał problem by zaludnić o wiele mniejszy Pogłos (skądinąd super sympatyczny klub). Ale skoro sam zespół (chociaż aktualnie z czasów największej świetności uchował się tylko wokalista) deklaruje że od początku byli niszowym zespołem, odpuśćmy sobie wspominki i skupmy się na tym, co wydarzyło się w środowy wieczór.
Zanim przejdziemy do sedna, najpierw o supportach. MopS (swoją drogą, był to wieczór zespołów o dość kiepskawych nazwach) okazał się być lokalnym bandem, pomimo czarnoskórego wokalisty-rapera. I chociaż nie sądzę by przebili się w takim wydaniu na stadiony polskie, a co dopiero światowe, to już na tym etapie brzmiało to momentami intrygująco – energię jaką młodzieńcy generowali była proweniencji raczej elektronicznej aniżeli rockowej. Nie aby nie pasowali do składu – gdzieś tam mi świta casus Crystal Method, pewnie znalazły by się jeszcze bardziej adekwatne przykłady. Summa sumarum, dałbym im więcej czasu antenowego – zwłaszcza kosztem kolejnego w zestawie What A Funk. Nie wiem czy to niedźwiedzia przysługa organizatora, czy desperacja zespołu, ale nie trzeba być znawcą historii muzyki by wiedzieć, że stawianie obok nazwy zespołu adnotacji „(ex-Crazy Town)” brzmi jak encyklopedyczny przykład anty-reklamy. A jeśli dodam, że zupełnie nie rozpoznałem żadnego z trzech kolesi tworzących skład WAF (a powinienem, bo wciąż po latach trudno wyrzucić z głowy klip do „Butterfly”), to chyba mówimy o jakimś totalnym braku instynktu samozachowawczego. I nawet po pierwszej piosence byłem gotów dać im szansę – ot, sztampowy funk metal, ale lepsze to niż czekać na headlinera w ciszy. Niestety okazało się, że koncert nie tylko mógł, ale wręcz powinien zakończyć się na tej jednej pierwszej piosence. Nieciekawy obraz całości dopełniło to, że wokalista/gitarzysta zupełnie nie potrafił, mimo prób, złapać kontaktu z publiką. Z późnego Crazy Town do sucharowego funk metalu – to się nazywa mieć przejebane CV.
Kiedy panowie z (hed) p.e. rozpoczęli swój gig odmienioną wersją jednego ze swych najpopularniejszych singli „Killing Time” (oczywiście też ze wspomnianego „Broke”), potwierdziły się niestety słowa ostrzeżenia znajomego, który miał okazję widzieć na żywo zespół jakiś czas temu gdy grali we Wrocławiu. Otóż panowie (a konkretnie Pan Lider) pokochali reggae. I nie boją się okazywać publicznie tego uczucia. Odwrót od numetalu objawił się zresztą nie tylko w ten sposób – już jakiś czas temu z zespołem pożegnał się wieloletni DJ. Zamiast skreczy mamy więc… melodykę, na której pomyka Jared.
I ok, być może dzięki temu brzmi to bardziej na czasie, bo bardziej uniwersalnie. Być może ktoś kto by przyszedł na koncert nie wiedząc któż zacz zupełnie nie skojarzyłby ich z nurtem numetalowym. Tyle że w głębi duszy trochę po tym koncercie oczekiwałem wejścia ponownie, na chwilę, w ten numetalowy nurt, odbyć sentymentalną wycieczkę do przełomu wieków. Wiem że to co tu piszę to recenzencka autodyskwalifikacja, ale z drugiej strony czy ktoś to by w 2019 roku poszedł na, dajmy na to, koncert Backstreet Boys liczyłby na to, że nawiążą do aktualnych trendów i zaczną śmigać post black-metal na gitarach lub konkurować z traperami? Jak idę do Makdonalda to jednak spodziewam się znajomego smaku, nawet jeśli pochodzi on m.in. ze zmielonych paznokci świni.
Ale ok – doceniam, że jednak (hed) p.e. postarało się o muzycznego burgera z prawdziwych, naturalnych składników, nawet jeśli to wciąż nie była potrawa na miarę restauracji premium. Zwłaszcza że mimo wszystko dominował repertuar z „Broke” (chociaż szkoda, że nie było absolutnie nic z debiutu – marzyłem trochę o „Ground”, chociaż wiedziałem że wyrzucili ten utwór z setlisty niemal zaraz po jego premierze), włącznie z największym hitem „Bartender” i absolutnie ich najlepszym utworze „Waiting To Die”, który po latach traktowania go po macoszemu awansował na obowiązkowy closer koncertów. A w międzyczasie przekrój przez całą dyskografię, z której mi najbardziej podszedł „Renegade”.
Wykonanie bez zastrzeżeń, kontakt z publiką świetny, odbiór tej drugiej godny. Gdybym miał 15 lat bym spłonął żywcem z zachwytu. Ale też pewnie mając te 15 lat nie doceniłbym ambicji zespołu do bycia czymś ciut więcej niż sztandarową kapelą numetalu. Skłamałbym jednak mówiąc, że o docenienie tych ambicji mi chodziło idąc do Pogłosu…
najlepszy moment: WAITING TO DIE
ocena: 7,5/10
