rageman.pl
Muzyka

Sting – Symphonicities

rok wydania: 2010

wydawca: Cherrytree

 

przerywamy na blizej nieokreslona chwile opowiesc o Tomie Waitsie ze szczegolnych wzgledow – wpadla mi w rece nowa plyta Stinga.

jak juz kiedys pisalismy, ostanimi czasy (liczonymi w latach wlasciwie, jesli nie dekadach) trudno uznawac Stinga za ciekawego artyste. tyle ze o ile jeszcze w latach 90tych i pierwszej polowie nowego wieku trafial do rzeszy audiofili i fanow nieabsorbujacego plumkania (a ze ich sporo, to plyty wtedy wydane osiagaly calkiem niezle naklady), tak od kiedy zwiazal sie on z Deutsche Grammophon Sting trafia glownie do siebie samego. przypuszczam ze nawet Trojkowicze wymiekli przy przerobkach piesni sredniowiecznych czy pastoralek. nie mowiac juz o fanach The Police (o ile tacy sie jeszcze ostali przy Stingu solowym). i choc pomysl na symfoniczne przearanzowanie autorskich piosenek wydawal sie kolejnym przestrzelonym kaprysem znudzonego milionera, tak efekt koncowy jest zaskakujaco pozytywny. ba, jest najlepszym dokonaniem Stinga od wielu lat.

choc nie ma co ukrywac – ten pozytywny odbior „Symphonicities” nie ma zbyt racjonalnego uzasadnienia. wynika on bardziej z tego samego, co podobalo mi sie w koncertowce „… All This Time”. czyli niby co innego, ale jednak dobrze przeciez znanego. ba, slyszac otwierajacy calosc wczesny klasyk The Police „Next To You” mozna sie zastanawiac gdzie niby ta orkiestra. a jednak jest. i sama ta wersja pod zgledem realizacji zalozen projektu jest chyba najlepszym tu dokonaniem – orkiestra tu stanowi znaczaca wartosc dodatnia, nie tylko nie odbierajacego punkowego powera pierwowzoru, co go wzmacniajacego. mozna sie naglowic takze nad sensownoscia umieszczenia kolejnego klasyka (tym razem Stinga solowego) „Englishman In New York”. choc tu z innych powodow – tu orkiestralne dzwieki owszem slychac, ale przeciez juz oryginal pelen byl dostojnych dzwiekow. nie trzeba bylo niczego w sumie zanadto modyfikowac – ba, ostala sie nawet perkusyjna wstawka.

i zarown „Englishman…” jak i w sumie dalsza czesc repertuaru potwierdza to, ze Sting nie mial tyle roboty przy tym projekcie jak mogloby sie teoretycznie wydawac. metale przy swych kolaboracjach z orkiestrami mecza sie na pewno bardziej. tu dysonansow nie ma, zenienia dzikiego, glosnego rokendrola z dostojnoscia orkiestry. bo muzyka Stinga juz od dawna nie jest ani dzika, ani glosna i blizej jej do filharmonii niz Stodoly. oczywiscie ktos kto ostatnio slyszal Stinga 30 lat temu pewnie bedzie zaskoczony tutejsza wersja „Roxanne”. ale przeciez to, ze ten numer mozna przerobic na kameralna, bossanovujaca ballade Sting udowadnia od dawna (nie tylko on zreszta – vide przerobka George’a Michaela). choc ok, zaskoczenie jest – „Every Little Thing She Does Is Magic” nigdy nie byl tak natchniony jak tutaj.

dlatego najwieksza zalete tego materialu upatruje gdzie indziej: fajnie, ze przy doborze repertuaru pan Gordon nie poszedl na latwizne i siegnal glebiej do worka ze swymi pioseneczkami. poczatek plyty moze i hicioarski jest, ale im dalej w las tym bardziej nie typowo, zaskakujaco nawet dla Stingologow. bo przeciez taki „The Pirate’s Bride” dotychczas byl znany tylko kolekcjonerom singlowych bisajdow, a „The End Of The Game” to odrzut z „Brand New Day”. mega podziekowania naleza sie takze Stingowe za przypomnienie „I Hung My Head”, dotychczas gnijacego w mieliznie repertuaru „Mercury Falling”, tu blyszczacego najjasniej. chociaz nie – hajlajtem plyty jest jednak nowa wersja „You Will Be My Ain True Love”. przeraza mnie fakt, ze jeden z najpiekniejszych Stingowych numerow jest znany tylko tym, ktorzy widzieli „Wzgorze Nadziei”. oryginal jest jeszcze piekniejszy, ale moze wlasnie dzieki wersji z „Symphonicities” ktos po nia siegnie. naprawde warto.

i generalnie warto posluchac tez „Symphonicities”. choc trudno wciaz oprzec sie wrazeniu, ze sporo w tym z odcinania kuponow.

 

najlepszy moment: YOU WILL BE MY AIN TRUE LOVE

ocena: 7/10

Leave a Reply