Japanese Cartoon – In The Jaws Of The Lords Of Death
wydawca: DIY
zostajemy przy nowosciach.
przenikanie swiata rocka i rapu? bajka stara jak swiata w roku 2010 to nawet rownie czerstwa co dowcipy z „Akademii Policyjnej”. najwiekszym problemem raprocka bylo zawsze to, ze za rymowanie zabierali sie rockersi, posiadajacy wrecz minusowe flow i nawet sobie z tego sprawy nie zdajacy. lepiej robilo sie, kiedy dochodzilo do kolaboracji kapel gitarowych z prawdziwymi raperami, zajmujacymi sie tym na codzien. pmijajac chlubne wyjatki pokroju beastie boys czy body count, przewaznie jednak byly to jednorazowe projekty, po ktorych kazdy rozchodzil sie do domow – run dmc/aerosmith, anthrax/public enemy czy z nowszych rzeczy: ice cube/korn czy sweet noise/peja (tak!). zawsze tez odnosilem wrazenie, ze to rockersom bardziej zalezalo na inkorporowaniu rapu niz odwrotnie. pewnie, snoop dogg cos tam wciaz pieprzy ze pragnie byc gwiazda rocka i nagrywac z jaggerem i franz ferdinandem, ale na szczescie na bajdurzeniu sie konczy. dosc powiedziec ze najslynniejszy w ostatnim sezonie taki transfer rapera do swiata rocka – lil waynowy „rebirth” – skonczyl sie sromotna porazka. tymczasem bez szumnych zapowiedzi, a wlasciwie to nawet w duchu konspiracyjnym (glowny winowajca projektu dlugo nie chcial ujawniac swoich prawdziwych danych), na sieci pojawil sie album enigmatycznego projetu Japanese Cartoon. w koncu prawda wyszla na jaw – niejakim Percival Fats’em, frontmanem kapeli, okazal sie byc nie kto inny jak jedno z najlepszych odkryc Jay-a Z, Lupe Fiasco.
i co? i sukces. oczywiscie juz na podstawie hiphopowej tworczosci obu panow mozna bylo uznac, ze Lupe to jednak pod wzgledem inteligencji i muzycznego obycia stoi kilkanascie leveli wyzej niz tworca Tha Carter’owej sagi. mozna bylo sie spodziewac, ze na kopiowaniu ratm sie nie skonczy. ale zeby od razu brytolskie inklinacje, nasladowanie tamtejszego akcentu i japonska otoczka wizualna? glowa eksploduje od absurdu. dobrze ze uszy ocalaly i moga delektowac sie tym, co Lupe z zespolem serwuje przez te pol godziny.
wybaczmy Lupe postrzelone porownanie swej nowej tworczosci do Joy Division. oczywiscie, nie kwestionuje ze zaloga Curtisa go inspirowala – slychac to w napedzanej wyrazistym basem motoryce calosci i w lekko dusznym klimacie, szczegolnie w promujacym calosc „Heirplanes” czy kapitalnym, onirycznym „Gasp”. tyle ze ani na „Unknown Pleasures” czy „Closer” nie bylo tyle elektroniki (sklad kapeli to sam wokal, bass i magik od elektroniki wlasnie) co tutaj. a ze Lupe mimo wszystko ma w glosie wiecej ulicznej bezposredniosci niz Curtisowego natchnienia, to calosc brzmi jak The Streets z wieksza iloscia gitar. choc jesli mialbym sie wglebiac w namechecking, to silniejsze skojarzenie plynie w strone ekstrmalnie zapomnianej i niedocenionej kapeli Pitchshifter. a juz w najsilniejszym stopniu jaja przemieniaja sie w berety, kiedy wchodzi kojarzace sie z M. Mansonowym „Disposable Teens” skandowanie w „Crowd Participation”, solowka (!!) w „Bejing” czy thrashowy riff (!!!!) w „You Are Here”. a, jakbym jeszcze nie wspomnial – to naprawde wszystko sie klei, wrecz zre jak jasna cholera.
gdyby „Teraz Rockowi” naprawde zalezalo na dobrym Rocku, to nie tylko zwrociliby uwage na ten projekt, ale i daliby mu przynajmniej 3 gwiazdki. ponoc kolejny album juz w drodze. jaram sie.
najlepszy moment: CROWD PARTICIPATION
ocena: 7,5/10
