Alice Merton
kto: Alice Merton
Jaki jest największy hit zeszłego roku? Oczywiście trudno polemizować z wyborem „Despacito” lub „Shape Of You”, ale gdyby ograniczyć się wyłącznie do debiutanckich singli to jest spore prawdopodobieństwo, że zostanie wymieniony „No Roots”. Odpowiedzialna za niego Alice Merton w ramach swojej pierwszej europejskiej trasy zawitała do Warszawy.
Trzeba przyznać, że organizatorzy wykazali się sporą odwagą ściągając na koncert w środku tygodnia artystkę, która na razie może pochwalić się jedynie czteroutworową EPką. A jednak wyszli z tej akcji zwycięsko – okazuje się, że polska młodzież lubi trzymać rękę na pulsie muzyki – w tym muzyki, która na dobrą sprawę plasuje się gdzieś pomiędzy mainstreamem a alt rockiem, nie będąc jednocześnie paździerzowym pop rockiem pokroju Maroon 5. Czyli mogłoby się zdawać, że w polskich warunkach – muzyka dla nikogo. A tymczasem nie tylko udało się wyprzedać całe Hybrydy, ale ci co się stawili na koncercie dokładnie wiedzieli czemu tam się znaleźli. Oczywiście Alice Merton nie ma na razie dużej skali porównawczej, ale widać było że naprawdę żywiołowa rekacja publiki na każdy numer robi na niej szczere wrażenie.
Najbardziej obawiałem się one-hit-wonderowego casusu, gdzie cała sala czeka tak naprawdę na jeden utwór i artysta co gorsza ma tego pełną świadomość. Jasne, „No Roots” zabrzmiało dopiero pod koniec godzinnego koncertu, ale okazało się że dziewczyna ma na tyle ciekawy repertuar, że absolutnie nie dało się dostrzec wśród publiki przebierania nogami w zniecierpliwieniu.
Mi osobiście najbardziej podoba się oblicze objawione na „No Roots” – przepotężnie zrytmizowane (a przy tym z klawiszami zamiast basu!), piekielnie chwytliwe, z rzadka tylko graniczące na granicy banału (chyba najbliżej było przy bisowym „Why So Serious”). Ale było też inaczej – z udziałem samych klawiszy i wokalu, lirycznie. Może nawet nie ma co (jeszcze?) zestawiać z Tori Amos, ale jestem w stanie sobie wyobrazić osoby autentycznie wzruszające się przy tych utworach.
Przede wszystkim jednak urzekała sama Alice Merton – absolutnie przeurocza w swojej konfenansjerce, a jednocześnie w pełni profesjonalnie dyrygująca publika. Przy czym nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałem artystę robiącego to w tak wydawałoby się naturalny, niewyuczony sposób. W dzisiejszych czasach nawet milionowe wyświetlenia teledysków już o niczym nie świadczą i byle kura znosząca jajka tyle osiąga (nie wymyśliłem tego), niemniej wierzę że ten brak zmanierowania jeszcze jakiś czas się u Alice utrzyma.
W styczniu Wolf Alice w Hybrydach, teraz Alice Merton w tym samym miejscu. Może za miesiąc doczekam się koncertu Alice In Chains. I tym sucharem zakończymy tę relację z naprawdę udanego wieczoru.
najlepszy moment: NO ROOTS (mimo wszystko)
ocena: 7,5/10
