David Lynch, Żyć Sztuką
reżyseria: Jon Nguyen
Istnieje pewna frakcja ludzi twierdząca, że filmy dokumentalne o artystach to rzecz niepotrzebna, a być może nawet szkodliwa. Bo czy do oceny dzieła sztuki jest potrzebna znajomość kontekstu, tj. biografii jego twórcy czy okoliczności powstania tego dzieła? Czy film przestanie być słaby jeśli będziemy wiedzieć, że reżyserowi pół roku przed jego nakręceniem zmarła matka, a producent wiecznie truł dupę w trakcie dni zdjęciowych? Owszem, będziemy przynajmniej wiedzieć dlaczego wyszedł film słaby, ale czy ta wiedza jest aż tak potrzebna? Być może dla osób które deklarują się fanami danego artysty, ale dla reszty społeczeństwa – niekoniecznie.
Ale są takie przypadki jak dzisiaj omawiany. Gdzie tematem dokumentu jest nie tylko jeden z najważniejszych twórców filmowych, ale przede wszystkim twórca odpowiedzialny za tak mroczne, niepokojące kreacje, przy których odbiorca (zwłaszcza jeśli jednocześnie zajmuje się psychologią) zastanawia się co trzeba mieć w głowie by tworzyć takie rzeczy.
Od razu trzeba zaznaczyć – ten dokument nie odpowiada na to pytanie. Zresztą, tak jak Lynch nie daje żadnych odpowiedzi w swoich filmach, to nigdy nie leżało w jego naturze. Być może kiedyś powstanie dokument, w którym różne mądre gadające głowy pochylą się nad tym tematem. W „DL – The Art Life” wypowiada się wyłącznie sam główny zainteresowany. I robi to dokładnie tak jak nas przez lata przyzwyczaił w wywiadach i autobiografiach – w pełen metafor, impresjonistyczny sposób. Jakkolwiek nie zabrzmi to banalnie – Lynch maluje słowami, tworzy obraz swoich wspomnień, opinii.
No właśnie. W dokumencie poznajemy przede wszystkim Davida Lyncha – malarza. To była jego pierwsza pasja artystyczna i, co paradoksalne, wydaje się że wciąż największa. Jest tu moment, wypowiedź właściwie, która niemal definiuje jego artystyczne credo. Opisuje moment, kiedy po stworzeniu kolejnego obrazu zaczął się zastanawiać co bo było gdyby ten obraz się poruszał (język angielski lepiej oddaje sprawę – mowa jest o „moving pictures”). Bo tym są tak naprawdę wszystkie filmy Lyncha – obrazami wprawionymi w ruch.
Oczywiście do tego wniosku można dojść bez i tego filmu dokumentalnego, niemniej kapitalnie się ogląda tę podróż w świat Lyncha. Gdzie niemal każde wspomnienie i anegdota dotycząca dzieciństwa, przemieszczaniu się po Stanach Zjednoczonych czy powstawaniu „Głowy do Wycierania” (tutaj chronologia dokumentu się urywa) ma swój kontrapunkt w pokazywanych obrazach Lyncha. Fascynujące jest, jak dobrze w większości przypadków są dobrane oba te elementy – niemal do tego stopnia, że to co wydawało się abstrakcją okazuje się mieć uzasadnienie w życiorysie Lyncha. Jednocześnie jest to stworzone z ogromnym wyczuciem i szacunkiem – nie znajdziecie tu absolutnie żadnych intymnych fragmentów, pastwienia się nad podmiotem rodem z dokumentów o Cobainie czy Winehouse. Głównie obserwujemy Lyncha w jego pracowni tworzącego kolejne dzieło lub wypalającego kolejnego papierosa. Jedyną osobą jaką dodatkowo widzimy jest jego najmłodsza córka Lula (urodzona w 2012 roku). Swoją drogą obserwowanie Lyncha bawiącego się z córką to najsłodsza abstrakcja jaką widziałem ostatnimi czasy.
Ale taki jest Lynch – kreator najmroczniejszych wizji na planie filmowym i najsłodszy facet na ziemi poza tym planem, za którym aktorzy skoczyliby w ogień. Być może kiedyś powstanie dokument kładący ciężar na ten aspekt jestestwa Lyncha. A na razie cieszmy się „Żyć Sztuką”, bo to kawał kapitalnego dokumentu. I nie tylko dla fanów.
najlepszy moment: Lynch jako mały brzdąc w nagraniach archiwalnych to też lekki surrealizm
ocena: 8,5/10
