rageman.pl
Film

Głowa do Wycierania

rok: 1977

reżyseria: David Lynch

 

Pomimo mojego powszechnie znanego uwielbienia dla Davida Lyncha, przez długie lata jedynym jego dziełem omówionymi na tym blogu było „Twin Peaks” i związana z serialem franczyza muzyczno-książkowa. Dopiero w zeszłym roku mini-maraton filmów Lyncha organizowany przez Kino Elektronik dał mi impuls, by zmierzyć się z recenzjami innych jego filmów, tj. „Lost Highway” i (a jednak!) „Twin Peaks: Fire Walk With Me”. Event zorganizowany przez Elektronika okazało się być na tyle dużym sukcesem, że w ten weekend powtórzyli całą akcję. Dzięki której po raz pierwszy mogłem zobaczyć na dużym ekranie „Głowę do Wycierania”, pełnometrażowy debiut reżyserski Lyncha.

Co właściwie można mądrego napisać o tym filmie, zwłaszcza jeśli nie chce się powielać tego co już powiedziano przez 40 lat? Że jest to najdziwniejszy film nie tylko w repertuarze Lyncha (obok „Inland Empire”), ale i jeden z najdziwniejszych w całej historii kinematografii? Że jest to najbardziej fascynująca mieszanka surrealizmu, industrialu i kafkowskiej sytuacji, jaką utrwalono na taśmie filmowej? Celowo pominąłem określenie „horror” – swoją drogą nigdy nie rozumiałem używania tego terminu w kontekście „Eraserhead”. Owszem, film jest przerażający. Ale czy wywołuje strach, tak jak według mojej wiedzy zwykł czynić horror? Niekoniecznie.

Co nie znaczy, że tego strachu w filmie nie ma. Owszem, przesiąknięty nim jest główny bohater filmu, Henry Spencer (w tej roli lynchowski faworyt, nieodżałowany Jack Nance). Jak zwykło to być u twórcy „Blue Velvet”, także ten film jest otwarty niczym na oścież na wszelkiego rodzaju interpretacje. Mimo to przechylam się ku tej najczęściej się przewijającej, w której „Głowa do Wycierania” jest świadectwem niemal panicznego strachu przed rodzicielstwem. Do tego stopnia, że urodzone już dziecko jawi się małym potworem, wszędzie wiją się Spencerowe plemniki, a jedyną ucieczką od beznadziei sytuacji jest wyimaginowana Pani z Kaloryfera (czyżby prototyp Pieńkowej Damy?). A wszystko to osadzone na fatalistycznym fundamencie – gdzie o wszystkim i tak decyduje Siła Wyższa (także pokazana z filmie), a my jesteśmy jak te ołówki produkowane w Fabryce, bez szansy na oszukanie swojego przeznaczenia.

Owszem, w słuszności tej interpretacji utwierdza znajomość kontekstu, tj. biografii Lyncha. Jego pierwsza córka, Jennifer, urodziła się gdy ten miał zaledwie 22 lata, na dodatek z wrodzoną wadą stóp. Klepanie biedy (co bezpośrednio przełożyło się też na fakt, że film kręcono przez 5 lat) i mieszkanie w Filadelfii – wg. słów Lyncha jedno z najgorszych miejsc na Ziemi – też znajduje pewne odbicie w filmie. A jednak jednocześnie „Głowa” jest najbardziej esencjonalną wykładnią filozofii Lyncha, w której filmy są przede wszystkim „uruchomionymi” obrazami, które trzeba czuć, a nie rozumieć. I z tej perspektywy „Głowa” jest być może Filmem Idealnym Lyncha – bo nawet „Zagubiona Autostrada”, choć też przepyszna tak wizualnie, jak i dźwiękowo, nie fascynuje tak bardzo jak „Głowa” („Twin Peaks” akurat w tym kontekście pozwolę sobie pominąć). Symbolika, którą ociekają wręcz te czarno-białe kadry, zespawana z permanentnym, przytłaczającym ambientowym szumem to coś, co do dziś robi wrażenie. I jestem przekonany, że jeśli ludzkość nie zgłupieje do reszty, to „Eraserhead” będzie fascynował przez lata, bez względu na postęp technologiczny. Tak jak nagrania The Beatles czy obrazy Picassa.

 

najlepszy moment: film to jedno, ale plakat promujący film to jedna z najbardziej ikonicznych (a zarazem przerażających) rzeczy jakie w życiu widziałem

ocena: 9,25/10