Totart, czyli odzyskiwanie rozumu
reżyseria: Bartosz Paduch
Nie wiem z czego to wynika, ale im jestem starszy, tym coraz częściej stawiam fakty nad fikcją. Dotyczy to zarówno filmu, jak i zwłaszcza literatury. Może to ta sentymentalna część mojej natury? Bo przyznam, że najbardziej ulubiłem te dzieła filmowe lub literackie, które w mniejszym bądź większym stopniu uchwytują te momenty z przeszłości, które, choćby mgliście, pamiętam. A jeśli na dodatek także miejsce wydarzeń jest mi bliskie to już totalnie jestem kupiony. Film o którym będzie tu dziś mowa w powyższym kontekście zgarnia całą pulę.
Krótka lekcja historii: rzecz opowiada o formacji artystycznej Totart (pełna nazwa Tranzytoryjna Formacja Totart), powstałej w ’86 roku na ziemi Gdańskiej. Jak zdecydowana większość działań prawdziwie artystycznych w latach komuny, także i Totart narodził się jako reakcja na absurd i szarzyznę PRLu – choć jest to zdecydowane uproszczenie. Jak w samej nazwie jest to ujęte – celem było przede wszystkim tworzenie Sztuki Totalnej. I jakkolwiek nie zostałoby to zdefiniowane, i jakkolwiek byśmy nie oceniali tego zjawiska pod względem osiągniętych celów, środków i znaczenia historycznego, jednemu nie można zaprzeczyć – ruch ten zgromadził wokół siebie kolektyw jednych z najbarwniejszych postaci jakie przewinęły się w historii kultury, nie tylko trójmiejskiej, ale całej Polski. A i sama historia ruchu jest na tyle fascynująca, że mogłaby posłużyć za kanwę normalnego pełnometrażowego filmu.
Można powiedzieć, że Paduchowi trafił się temat-samograj. Bo tak się złożyło, że członkowie Totartu, wśród których znajdziemy m.in. Tymona Tymańskiego, Paweł Konjo Konnak czy Dariusz Brzóska Brzóskiewicz, to także urodzeni mówcy. Kto czytał choćby jeden wywiad z Tymonem lub był choćby na jednej imprezie prowadzonej przez Konja ten wie, że słuchanie tych kolesi to poezja dla uszu – nawet jeśli niekoniecznie zgadzamy się z treścią ich wypowiedzi. W tym filmie ich wypowiedzi ograniczają się wyłącznie do tematu Totartu, więc myślę że nawet osoby sceptyczne wobec tych postaci na co dzień dadzą się wciągnąć w opowiadaną przez nich historię. A nie można przecież pominąć także innych bohaterów filmu – a że Totart funkcjonował na zasadzie otwartej grupy, to było kogo wywiadować.
Niemniej jednak chyba nawet osoby biorące udział w filmie zgodzą się, że opowieść o Totarcie, przynajmniej w ujęciu reżysera, to przede wszystkim historia Zbigniewa Sajnóga. Współzałożyciela, najstarszego członka i faktycznego lidera Totartu. Można by rzec, że Wielkiego Nieobecnego tego filmu. Narracja filmu bezustannie lawiruje wokół niego, aż do tragicznego finału, czyli wstąpienia przez niego do sekty Niebo i znalezienia jego zwłok w lesie, tuż obok siedziby sekty. W okolicach tego momentu film nabiera posmaku niemal telewizyjnego serialu kryminalnego. I jest to kontrowersyjny zabieg, biorąc pod uwagę, że… okazało się, że Sajnóg jednak żyje. A co więcej, sam pojawia się na koniec filmu. Chichotem historii jest, że człowiek, który najpełniej realizował dogmaty Totartu, dziś nie tylko się od swojego dzieła odcina, ale także od byłych kolegów, którzy jego zdaniem spłycają i komercjalizują historię Totartu. Przez co finał filmu ma wyjątkowo gorzki posmak, spotęgowany ujęciami Tymona z reality show’ów i Konja z festynów. Znamienne, że w napisach końcowych nazwisko Sajnóga i reszty członków Totartu pojawiają się na dwóch osobnych planszach.
Oczywiście zawsze kiedy dzieło filmowe opowiada o rzeczywistych postaciach i wydarzeniach to znajdzie się choćby jedna osoba, która nie zgodzi się takim obrazem. Dotyczy to zwłaszcza filmów fabularnych (najgłośniejszy w Polsce przykład ostatnich lat – „Ostatnia Rodzina”), ale i twórcy filmów dokumentalnych muszą borykać się z takimi zarzutami. Być może ma sporo racji Sajnóg w opublikowanym przez siebie liście otwartym do twórców filmu, że spłycili temat skupiając się tylko na sensacjach i „głupawce”. Bo rzeczywiście – sam trailer zbiera te najbardziej obrazoburcze wycinki działalności Totartu, na czele ze smarowaniem się fekaliami i „kopulacji” Tymona z Orłem Białym. Wierzę jednak, że Paduch, świadomy że mimo wszystko tworzy film dla wąskiej grupy odbiorców, chciał przede wszystkim oddać cześć temu fragmentowi kultury polskiej, w jakimś stopniu ocalić od zapomnienia przenosząc ją na taśmę filmową. Moim zdaniem – w pełni mu się to udało.
najlepszy moment: fragment z Lalamido – wzruszyłem się #lata90te
ocena: 8,5/10
