rageman.pl
Film

Sekrety Twin Peaks

rok wydania: 2016

autor: Mark Frost

 

Planowałem napisać tę notkę znacznie wcześniej, to jest jeszcze przed premierą trzeciego sezonu „Twin Peaks”, dzięki czemu ocena omawianej tu książki byłaby niezależna od mojego osądu o Twin Peaksowym revivalu. Niestety życie potoczyło się tak a nie inaczej, dlatego dopiero teraz, rok po premierze książki, mogę na spokojnie zebrać wszystkie przemyślenia na jej temat. I mimo wszystko „we’re not gonna talk about Twin Peaks 3”. A przynajmniej nie teraz – zapowiadana na grudzień premiera DVD z trzecim sezonem wydaje się lepszą okazją.

Jedną z największych niesprawiedliwości związanych ze światem Twin Peaks jest dysproporcja w ocenie zasług jego twórców. Mówiąc wprost – zbyt często zapomina się o wkładzie Marka Frosta w stworzenie tego świata. Oczywistym jest dla każdego, że bez Davida Lyncha nie byłoby Twin Peaks, z całą jego magią. Ale czy tego samego nie można powiedzieć o Marku Froście? Twin Peaks powstał na styku dwóch genialnych wizji, jednej opartej na w pełni wyzwolonym, intuicyjnym podejściu do formy i treści i drugiej, gdzie najważniejszy jest solidny fundament dostarczany przez wciągającą historię z pełnokrwistymi bohaterami. Ktoś powie o tym tandemie – artysta i rzemieślnik. I może mieć w tym sporo racji, o ile od razu podkreślimy, że oboje potrzebują siebie nawzajem w tym samym stopniu. Perfekcyjny duet, nie jedyny zresztą w świecie Twin Peaks.

O tym, jak może wyglądać Twin Peaks bez jednego z nich pokazał „Ogniu Krocz Za Mną”, czyli prequel serialu podpisany przez Lyncha i jednego ze współscenarzystów serialu Roberta Engelsa. W 1992 roku, kiedy film miał swoją premierę, relacja panów Lyncha i Frosta uległa znacznemu ochłodzeniu. I choć moim zdaniem Lynch wyszedł z tej próby zwycięsko, także wśród fanów serialu dzieło to miewa skrajne oceny, nawet jeśli nikt nie kwestionuje przynależności filmu do „kanonu TP”. Mogło się wydawać, że kwestią czasu jest odpowiedź Frosta na „wybryki” swojego byłego kompana. Ta jednak przyszła dopiero ćwierć wieku później, przy diametralnie innych okolicznościach. A jednak grzechy, jakie popełnił Frost, wydają się bliźniaczo podobne do tych, które były udziałem Lyncha przy tworzeniu „FWWM”.

Główny zarzut jaki jest kierowany do „Sekretów” to ten, że w żaden sposób nie daje odpowiedzi na pytania postawione w serialu, w tym na to drugie (bo pierwsze to wiadomo że „Kto zabił Laurę Palmer?”) najważniejsze – co się stało z Agentem Cooperem w ostatnim odcinku? Frost poszedł na przekór fanom jeszcze bardziej – tworząc swego rodzaju własny prequel serialu, którego głównym bohaterem uczynił Douglasa Milforda – w „Miasteczku Twin Peaks” postać absolutnie epizodyczna, wręcz przerywnik komediowy (częściej zresztą w serialu widywaliśmy jego starszego brata, Burmistrza Dwyane Milforda). U Marka Frosta urasta on do człowieka, który wręcz dał magię i tajemnicę, jaką spowity jest świat TP. Zabieg kontrowersyjny, ale z czasem łatwy do przełknięcia. „Schody” zaczynają się kiedy wczytujemy się w przygody Pana Douglasa.

Można powiedzieć, że Mark Frost poszedł w swoim dziele w opcję „full Patryk Vega”. Czyli zebrał wszystkie spiskowe teorie i legendy miejskie jakimi na przestrzeni lat żyły Stany Zjednoczone i reszta świata, stworzył między nimi sieć powiązań, a jej centralnym punktem uczynił Milforda. Mamy tu wszystko: Masonów, Illuminati, Richarda Nixona, Aleistera Crowley’a, L. Ron Hubbarda, a przede wszystkim – UFO, mnóóóóstwo UFO. Ale to nie wszystko – bo historia przedstawiona w książce rozpoczyna się znacznie wcześniej, tzn. … w 1805 roku. Czyli w roku Ekspedycji Meriwether Lewisa i Williama Clarka. Tajemnicza śmierć pierwszego z nich oczywiście także znalazła się w książce. Jaki to ma związek z Twin Peaks? Według Marka Frosta – bardzo duży, podobnie jak wszystkie teorie spiskowe o których mowa w książce…

By jednak oddać sprawiedliwość – nasze ulubione postacie serialu też się w książce pojawiają, w „pobocznych” rozdziałach. I najprawdopodobniej dla sporej części fanów TP to właśnie te fragmenty będą najciekawszymi – a może nawet jedynymi wartymi uwagi – w dziele Frosta. Zwłaszcza że dają one też informacje nie tylko o backgroundzie wątków serialu (historia trójkąta Norma-Ed-Nadine, „Packard case”), ale też zdradza co wydarzyło się później, po wydarzeniach w serialu.

I tu czas najwyższy wspomnieć o największym moim zarzucie do dzieła Frosta. I nie, nie chodzi o naszpikowanie historii kosmitami i tymi podobnymi, co postrzegam nawet jako ciekawe, nietypowe podejście do „mitologii Twin Peaks” (choć trochę szkoda, że ten oderwany od czasu i miejsca, eteryczny mikroświat znany z serialu został „dopadnięty”przez tak sensacyjny kontekst). Problem jest w tym, że czytając książkę trudno oprzeć się wrażeniu, że Mark Frost nie odrobił lekcji – to jest, nie trzyma się faktów i chronologii, które sam stworzył 25 lat temu. Co jest o tyle zaskakujące, że to przecież on ma być w relacji Lynch-Frost tym, który twardo stąpa po ziemi i trzyma się ciągu przyczynowo-skutkowego. Tymczasem babol leci za babolem i dowiadujemy się np., że matka Normy Jennings którą widzimy w serialu zmarła kilka lat wcześniej, a Major Briggs wcale nie został porwany przez Windoma Earl’a. Ba, Frost nawet myli wiek Laury Palmer! Normalnie takie szczegóły traktowałbym z dystansem jako czepialstwo psychofana (którym jestem), ale mówimy tu przecież o świecie, gdzie każdy szczegół ma być istotny i mieć przynajmniej jedno znaczenie. Burzy to światopogląd wszystkich fanów Twin Peaks, którzy byli przekonani że nic w ich ukochanym serialu nie dzieje się przypadkiem i wszystko jest oparte na solidnym fundamencie sieci powiązań.

Czy to znaczy, że książka była tworzona „po łebkach”? Bynajmniej! Trzeba to powiedzieć wprost – forma tej książki jest P R Z E P I Ę K N A. Mówię tu zarówno o wydaniu, bogato ilustrowanym, jak i samego przedstawienia treści. Całość ma formę dossier, odkrytego przez FBI. Na początku dowiadujemy się, że doskonale nam znany Dyrektor Gordon Cole zleca agentce Tamarze Preston (którą mieliśmy wkrótce poznać w trzecim sezonie) rozłożenie tego dossier na części pierwsze, co być może mogłoby zbliżyć FBI do wyjaśnienia zaginięcia Agenta Coopera. Całość jest złożona z dokumentów wszelkiego rodzaju – oficjalnych rządowych dokumentów, wycinków z prasy, kart pacjentów itp itd, a wszystko to opatrzone komentarzami „Archiwisty” – śledztwo w sprawie odgadnięcie jego prawdziwych personaliów przez Agentkę Preston odbywa się na bieżąco na kartach książki – oraz komentarzami samej Tamary Preston, która jawi się jago Twin Peaksowy odpowiednik Dany Scully z „Z Archiwum X”, wierzącej tylko w to co zobaczy na własne oczy. Muszę przyznać że mimo wszystko czyta się to kapitalnie, zwłaszcza dla wszelkich domorosłych detektywów. Z zaznaczeniem słowa „czyta” – tak się złożyło że najpierw zapoznałem się z audiobookiem (czytanym przez sporą część obsady zarówno „nowego”, jak i „starego” Twin Peaks, w tym Kyle „Cooper” MacLachlana) i książka jawiła mi się jako piekielnie nudna i chaotyczna. Zdecydowanie lepiej się broni w wersji pisanej, także w polskiej wersji językowej – tu nie ma większych zastrzeżeń. Tym bardziej brawa, bo w książce aż roi się od angielszczyzny wręcz nieprzetłumaczalnej na polski.

„Franczyza” Twin Peaks w ciągu ostatnich dwóch lat rozrosła się niemal kilkakrotnie, choć mimo to wciąż nie jest to poziom „Gry o Tron” czy innych współczesnych seriali. I choć można sformułować długą listę zarzutów do dzieła Frosta, to chyba nie trzeba przekonywać fanów serialu co do tego czy trzeba przeczytać „Sekrety Twin Peaks”. Zrobią to i tak. A nie-fani i tak raczej nie mają tu czego szukać.

 

najlepszy moment: oprawa graficzna

ocena: 7,25/10

Leave a Reply