Tom Waits – Blood Money
rok wydania: 2002
wydawca: ANTI-
jak juz pisalismy, Waitsowi film nieobcy. ale takze – zwlaszcza od czasu nawiazania relacji z Pania Brennan – ciagnie go w strone Teatru. „Frank’s Wild Years” najlepszym przykladem, jednak takze w latach 90tych zagladal w te strony. szczegolnie upodobal sobie prace z rezyserem Robertem Wilsonem (tym samym zreszta, ktory ostatnio robil „sztuke” z okazji 30lecia Solidarnosci) – opatrzyl swoim muzycznym talentem dwa spektakle tego Pana, „Alice” i „Woyzeck”. i chociaz dzielilo te dwa wydarzenia pare lat, muzyka z obu spektakli zostaly koniec koncow wydane tego samego, majowego dnia 2002 roku. poniewaz sa to pelnoprawnie samoistne twory i w sporej mierze rozne, zajmiemy sie niby osobno.
dzis zatem bierzemy na warsztat „Blood Money”, czyli muzyke z „Woyzeck”. swiezsze te dzwieki sa i to slychac. mowy o „Mule Variations 2” wprawdzie nie ma, jednak slychac tu pewna konsekwencje artystycznej drogi, kontynuacje watkow zajawionych na tej plycie. innymi slowy – jest jeszcze bardziej melancholijnie, smutniej i posepniej. a takze, co wydawalo sie niemozliwe do osiagniecia, jeszcze bardziej oldskulowo. ciezko powiedziec, na ile spowodowane jest to roszadami w skladzie towarzyszacych instrumentalistow (wprawdzie jest wierny od zawsze Larry Taylor, ale nie ma np Marca Ribota czy Lesa Claypoola – pojawia sie za to jego kompan z Oysterhead, sam Stewart „Policjant” Copeland), a na ile wymogami Przedstawienia. fakt jest natomiast taki, ze to juz nawet nie bluesy i jazzy naszych dziadkow, a nowoorleanskie granie, Tin Pan Alley, pozytywkowe dzwieki (choc wciaz pod wzgledem aranzacyjnym jest „na bogato”). to juz nawet nie muza z gramofonu, a fonografu wrecz. wystarczy posluchac zamykajacego stawke „A Good Man Is Hard To Find” – rowniez dzieki wokalowi Waitsa brzmi to jak zaginiony klasyk „Louisa Armstronga. a takich rodzynkow jest tu zdecydowanie wiecej.
jak jednak juz wczoraj pisalem – jest pewna dziwna przypadlosc w mej relacji z dokonaniami Waitsa. w okresie najwiekszych kombinacji z aranzacjami, dynamika i klimatami najbardziej trafialy do mnie „Waitsy” najprostsze, balladowe wrecz. teraz, kiedy szalec sie naszemu bohaterowi odechcialo, zaczalem doceniac te fragmenty, kiedy daje kopniaka sluchaczowi, by ten nie zasnal przy glosnikach (lub nie utopil sie w szklance whiskey). na szczescie pare piosenek tego typu sie tu znalazlo – jak zaczynajacy zabawe „Misery Is The River Of The World” (kolejny utwor z repertuaru Waitsa zglaszajacy akces do obecnosci na soundtracku do „Piratow z Karaibow” czy innego tego typu filmu), „God’s Away On Business” (tu akurat skojarzenia filmowe biegna w strone jakiegos filmu animowengo, cos typu „Straszny Potwor’s Theme”, choc do przygod Jacka Sparrowa tez by sie nadalo) czy „Starving In The Belly Of The Whale” (cholera, tu nawet tytul jest adekwatny jesli chodzi o te konotacje „morskie”). pozostajac przy skojarzeniach z X Muza, calkiem niezle wypadaja tez dwa instrumentale, „Knife Chase” i „Callipe”. choc ten drugi to rzecz bardziej nastrojowa i, co w zwiazku z tym, bardziej pasujaca do obrazu calosci plyty.
jak juz wczoraj wspominalem – nie traktuje Waitsa jak swietej krowy, ale to takze moja subiektywna opinia, ze Waits ponizej pewnego poziomu nie schodzi i kazda jego plyta warta jest wielokrotnego odsluchu. nie z obowiazku, a z czystej przyjemnosci. natomiast nie ukrywam, ze „BM” ma jeszcze mniej kart przetargowych niz „MV”. co nie zmienia faktu, ze i tak jest ich wiecej niz u wiekszosci wykonawcow.
najlepszy moment: MISERY IS THE RIVER OF THE WORLD
ocena: 7,5/10