Tom Waits – Alice
rok wydania: 2002
wydawca: ANTI-
jak juz wczoraj wspominalismy, tego samego dnia co „Blood Money” Tom Waits (a wlasciwie to jego wytwornia) wydala „Alice”, muzyke ilustrujaca spektakl o takim samym tytule. zazwyczaj kiedy wykonawca wydaje w podobnym terminie (vide SOAD) dwa albumy zamiast jednego, ktory spokojnie pomiescilby caly material to czyni tak dlatego , gdyz chce rozdzielic kompozycje wedlug jakiegos klucza. np material spokojny i material czadowy, popowy/eksperymentalny, kompozycje fajne/do dupy. tu mamy sytuacje zgola odwrotna. bo choc piosenki na „Alice” i „BM” powstawaly w roznych dekadach, to sa zaskakujaco do siebie zblizone.
no ok, roznice sa. „BM” jest jednak roznorodniejsza tak aranzacyjnie, jak i klimatycznie. „Alice” to przy niej monolit niemalze, ukierunkowany w jedna wylacznie strone. strone zamuly.
bysmy sie zle nie zrozumieli – lubie ten album. to kolejna kapitalna produkcja Waitsa, kolejna kreacja, w ktorej mozna sie zatopic na te 50 minut bez reszty. to, ze cel podrozy jest tak jasno nakreslony nie musi byc poczytywane za wade. zalezy co kto lubi. mozna jako zalete przypisac fakt, ze na swoj specyficzny sposob „Alice” to powrot do korzeni Waitsa, klasycznej autorskiej piosenki. to, ze aranzacje Waitsowe w roku 2002 sa znacznie bogatsze niz w jego „Wczesnych Latach” nie zmienia faktu, ze stanowia one tylko to dla Waitsowych opowiesci i nigdy nie wychodza przed szereg. taki Waits do mnie takze trafia, ale nie padam przed nim na kolana.
moglbym nawet powiedziec, ze „Alice” *wydaje mi sie* swietnym albumem. swietnym przy odpowiednim nastawieniu, adekwatnym nastroju. widzicie, swego czasu bardzo lubilem ten aspekt podrozy kolejami panstwowymi zwiazanymi z przypadkowo poznanymi pasazerami. w przypadku osobowek mowa glownie o wszelkiego rodzaju menelstwie. ale sporo takich pogadanek z tego typu osobnikami przysporzylo mi wiedzy o swiecie, ba – nawet lekkiej modyfikacji perspektywy. tyle ze cena tych spotkan jest ubabranie sie w zamule, patologii, skrajnym pesymizmie. to jak z ogladaniem wiadomosci w tv – fajnie jest wiedziec co sie dzieje za oknem, ale trudno nie poczuc sie przybitym chocby po 5 minutach ogladania. ok, Tom Waits to nie jest byle jaki lump – potrafi opowiadac historie jak malo ktory (nie mowiac juz o tym, ze opowiesci malo ktorego menela maja taki fajny podklad muzyczny). ale co z tego, skoro to wszystko jest przybijajace, nic tylko utopic sie w szklance whiskey. i nie zmienia obrazu tutaj jeden, przepiekny wyjatek „Fish & Bird” – przepelniony miloscia jak malo ktory kawalek w ostatnich latach dzialalnosci Waitsa.
ten album jest na pewno lepszy niz „One From The Heart” i nie zasluguje na taka sama ocene. ale jednak tez nie robi mnie on w takim samym stopniu co nawet „Blood Money”. wiec omiwmy sie ze jednak 7,5/10, choc tak naprawde to powinno byc 7,25/10, ok?
najlepszy moment: FISH & BIRD
ocena: 7,5/10