rageman.pl
Muzyka

Depeche Mode

gdzie: PGE Narodowy, Warszawa

kto: Depeche Mode

 

Jest taka grupa zespołów muzycznych, które sztukę prezentacji koncertowej doprowadziły do perfekcji. Takie zespoły, które niezależnie od tego jak wypadają na albumach studyjnych, na żywo wręcz wypada zobaczyć. AC/DC, Rammstein, Iron Maiden… Są też zespoły z tej grupy zbieżne z moją indywidualną listą „zespołów, które muszę choć raz zobaczyć na żywo aby moje życie było kompletne”. U2 czy The Rolling Stones udało się stosunkowo dawno odhaczyć, ale zespół ze szczytu tej listy długo pozostawał „nietknięty”. Aż do piątku.

A jeszcze tydzień wcześniej wszystko wskazywało na to, że ten stan rzeczy utrzyma się przynajmniej do lutego przyszłego roku, kiedy to Depeche Mode wrócą do Polski na kolejne trzy koncerty. Bo bilety na warszawski koncert wyprzedały się, co oczywiste w przypadku tego zespołu, tuż po rozpoczęciu sprzedaży biletów na koncert. A że wyznaję czasem uciążliwą zasadę życiową pt „co ja się będę spieszył”, to rzecz jasna i tym razem nie udało się w porę zakupić wejściówkę. I już gdy byłem w pełni pogodzony z ową sytuacją (tj. wspomniany tydzień przed koncertem) ujrzałem ogłoszenie na fejsbukowym wallu mojego kuzyna że ma do sprzedania cztery bilety. BIORĘ. I choć z dzisiejszej perspektywy dziękuję losowi że tak się to wszystko potoczyło, to przez kilka dni przed samym koncertem nerwy miałem większe niż przed maturą. Nie wdając się w szczegóły by nie przynudzać porada dla Was – starajcie się bardziej zważać na to gdzie kupujecie bilety. I mam tu na myśli zarówno sprzedaż bezpośrednią od oficjalnego dystrybutora, jak i pośrednią – od ziomka, rodziców itp. Druga rada – unikajcie lepiej kupna na portalu Viagogo. Nawet jeśli wydaje Wam się że wszystko jest na legalu, to zapewniam – nie do końca tak jest.

Dodatkowe nerwy wyszły jednak też od samego zespołu. W poniedziałek świat obiegła informacja, że Dave Gahan tuż przed koncertem w Mińsku wylądował w szpitalu. Koncert oczywiście odwołano, dodatkowo pod znakiem zapytania stanęły koncerty w Kijowie (środa) i w Warszawie. Końcówka trasy, poza tym rynki nie tak priorytetowe jak, dajmy na to, Niemcy czy Francja. A jednak choroba nie okazała się tak straszna i koniec końców równo o 20.45 mogliśmy się spotkać z Gahanem w 4 oczy. No, właściwie to w około 60 tysięcy oczu, na odległość kilkuset metrów. Ale co tam.

Przez to, że support był totalnie nieinteresujący (wybaczcie brak profesjonalizmu, ale nawet nie chcę mi się sprawdzać któż zacz), możemy od razu przejść do sedna. A konkretnie do najnowszego singla zespołu, „Going Backwards”, którym rozpoczęli koncert. I chociaż „Spirit” to kolejny album Depeszów którym znów nie udało się nawiązać do czasów największej świetności (chociaż było najbliżej od lat), to akurat ten numer prezentował się całkiem godnie na tle całej setlisty – a na pewno najlepiej z całej piątki reprezentantów tego dzieła jakie usłyszeliśmy na Narodowym (w tym oczywiście „Where’s The Reolution”). Wiadomo jednak że zdecydowana większość fanów czeka na numery z „czasów klasycznych” – i już jako trzeci usłyszeliśmy „Barrel of a Gun” z „Ultry” – albumu, który wydaje się wyznaczać granicę miedzy czasami klasycznymi i nowożytnimi. Ciekawym zabiegiem był cytat z… „The Message” Grandmaster Flasha. Króciutki, bo zaledwie krótka rapowanka Gahana, ale wciąż – Depeche Mode nigdy nie był zespołem, który jakoś wyraźniej nawiązywał do twórczości innych, poprzez covery itp. A to nie było jedyne nawiązanie tego wieczoru! Ale o tym za moment.

Gahan? Ruchy dokładnie takich jak się spodziewałem, kontakt z publiką na poziomie perfekcji, niemniej widać po nim te 50 lat na karku, w większości przepełnione rockandrollowym trybem prowadzenia się. Podobnie zresztą po Martinie, chociaż ten akurat nie był na takim skraju co Gahan. Podobno na scenie był też Andy Fletcher… Ok, recurring joke. Ale funkcjonalność tego typa w zespole naprawdę wciąż fascynuje. Niby był za klawiszami, ale przecież był też drugi klawiszowiec na scenie (Peter Gordeno) – więc kto tam wie, którego grę słyszeliśmy ze sceny?

Przy tak potężnej kolekcji wydanych singli układanie setlisty, która usatysfakcjonuje jak największą liczbę osób, musi być solidnym „pain in the ass”. Dlatego należą się brawa dla zespołu że mimo wszystko zaryzykował i zagrał sporo numerów z okresu późniejszego. Jak np „Wrong”. Czy „Pain That I’m Used To” (w zremixowanej wersji). Ciekawe że nie zabrzmiało nic z poprzedniego albumu – szkoda, bo na „Soothe My Soul” czekałem równie mocno co na klasyki. Które oczywiście dominowały w setliście, szczególnie te z okresu „Violator”-„Songs Of Faith And Devotion”. I chociaż mega zabrakło mi „Policy Of Truth”, to myślę że jeszcze trudniej wyobrazić sobie koncert bez „Personal Jesus” (kończący bisy), „I Feel You” czy „Walking In My Shoes”. A już pójść na koncert Depeche Mode i nie usłyszeć „Enjoy The Silence” to jak zwiedzić Paryż bez wieży Eiffela. No nie da się. I oczywiście „Enjoy The Silence”, choć wbrew oczekiwaniom nie zamykało właściwej części koncertu (zbyt oczywisty wybór?) – tego zaszczytu dostąpił „Never Let Me Down Again”. Cudownie było usłyszeć „In Your Room”, chociaż jeszcze cudowniej byłoby usłyszeć go w wersji z teledysku… No nic to. Obowiązkowy na koncertach DM jest też mini-set Gore’a jako głównego wokalisty. Tym razem wykonał „Somebody”, „Question Of Lust” (akustycznie) a przede wszystkim cudowny „Home”, który uświadomił mi jak mocno nie doceniam umiejętności wokalnych Martina.

I jakby ten wieczór nie był wystarczająco doskonały, to na bis zabrzmieli „Heroes”. Tak, Davida Bowiego. Docierały do mnie przecieki że grają ten utwór na trasie, mimo to i tak czułem się zaskoczony – zwłaszcza jakością tego wykonania. Słuchać tej piosenki w takich okolicznościach, z osobą tak zapatrzoną w Davida jak Ty w Nią… Czujesz że żyjesz w takich momentach.

 

najlepszy moment: IN YOUR ROOM/HEROES/WALKING IN MY SHOES

ocena: 9,25/10

Leave a Reply