In Memoriam: Chester Bennington (20.03.1976-20.07.2017)
Jak powszechnie wiadomo, zeszły rok był najtragiczniejszym rokiem od lat jeśli chodzi o straty w ludziach świata sztuki. Choć powieje to strasznym sucharem to trudno nie oprzeć się wrażeniu, że w tym roku artyści postanowili uprzedzić kostuchę. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z szoku po śmierci Chrisa Cornella, a tu…
Nie zamierzam jednak pisać laurki na cześć Chestera B., bo byłoby to piekielną hipokryzją. Moja przygoda z liderowanym przez niego Linkin Park była krótka i niespecjalnie emocjonująca. Rozpoczęła się oczywiście od debiutanckiego „Hybrid Theory”, która dla mojego pokolenia trzydziestokilkolatków była tym, czym dla poprzednich pokoleń „Nevermind” i „Thriller”. Płytą, która była niemal w każdym domostwie i od której trudno było uciec. Zwłaszcza jeśli emocjonowało się nu-metalem, który zbałamucił fanów gitar na przełomie wieków. Owszem, było tam kilka piosenek których wciąż miło się słucha: „Papercut”, „Points Of Authority”, „Forgotten”, w sumie to nawet ten „Crawling” nie taki zły. Ale już od „In The End” dostaję lekkich palpitacji, po części spowodowanych zajechaniem tego numeru przez radia, telewizje, imprezy itp. Nie da się jednak ukryć, że już na tamten moment (2000 rok) takie połączenie rocka z rapem było oklepane bardziej niż tyłek prostytutki, a to co wnieśli Linkin Park do tej konwencji to maksymalne, aż nieznośne wygładzenie brzmienia. Tak porównując – jeśli Limp Bizkit był zespołem dla licealistów, to Linkin Park to poziom przedszkola. Oczywiście tak przyjazne masom brzmienie musiało poskutkować i poskutkowało – „Hybrid Theory”, jak słowo się rzekło, stało się najlepiej sprzedającym się albumem wszechczasów, a „linkini” z miejsca awansowali nie tylko do 1 ligi nu-metalu, ale muzyki gitarowej w ogóle. Plan przedsiębiorstwa, jakim był ten zespół niemal od początku (legendarna historia o tym, że nazwę dla zespołu dobrali tak by na półkach sklepowych być obok Limp Bizkit) zrealizowany w 100 procentach. Tymże masom zupełnie nie przeszkadzało to, że kolejny album „Meteora” brzmiał jak dokładna kopia poprzednika. Tutaj już jednak odpadłem zupełnie (choć „Faint” też, przyznaję, wpada w ucho). Mam świadomość że na kolejnych płytach panowie próbowali dojrzeć, ale zupełnie nie mam wyrzutów sumienia że ten proces mnie obszedł szerokim łukiem. Wspomniałbym jednak tutaj o „Reanimation”, czyli albumie z remixami piosenek z „HT”. Powszechnie zjechanym i uznanym za pierwszy z tak wyraźnych skoków na kasę, a tymczasem dla mnie ciekawa próba eksperymentu na raprockowej formule, z intrygująco dobranym składem gości (m.in. Deftones, Evidence, Chali 2na, Black Thought z The Roots). Tam też znalazła się cudowna wersja ładnego już w oryginale „My December”, która wciąż pozostaje moim ulubionym numerem Linkin Park. Kończąc wątek Chestera – na pewno nie można odmówić mu wygaru w głosie, co czyniło go MVP linkinparkowego składu. Ale epizod ze Stone Temple Pilots, gdzie można było odnieść wrażenie że stara się być bardziej Scott Weilandowy niż sam Scott, mocno mnie zraził do człowieka.
Dlaczego więc ta śmierć wciąż nie daje mi spokoju? Może przez to, że na papierze człowiek z szóstką dzieci, szczęśliwie ożeniony, stojący na czele jednego z najpopularniejszych zespołów globu nie ma prawa narzekać na życie, a co dopiero świadomie z niego zrezygnować. A jednocześnie, jakkolwiek to nie zabrzmi, w pełni mu wierzę i w jego decyzję. Wiem jak można być całkowicie oderwanym od emocjonalnych bodźców z zewnątrz. Odczuwać regularne paniki wszechogarniającego bezsensu, przykuwającymi do łóżka na miesiące. Kiedy uciekasz w najgłupsze rozrywki. Jedni wybierają gry komputerowe, inni znaczniej gorzej – bo alkohol koniec końców tylko potęguje ten bezsens. Być może ten wybór alkoholu dlatego, że z depresją jest bardzo podobnie – alkoholikiem jest się całe życie, tylko przy dobrych wiatrach jest się nim w stanie spoczynku? Można radzić sobie antydepresantami, ale nigdy nie masz pewności, czy w pewnym momencie nie przestaną wystarczyć. Ciężko to wszystko opisać słowami, i może to co krytykom muzycznym wydawało się banalnymi lirykami stargetowanymi na rozchwianych emocjonalnie gimnazjalistów było właśnie niedostatecznie umiejętnie sformułowanym wołaniem o pomoc? A jednak wystarczająco dużo fanów to wołanie słyszało, przeżywało, często pozwalało utrzymywać się na powierzchni. I nagle ten człowiek, którego doświadczenia stanowiły światełko w tunelu i kazały się nie poddawać, całkowicie się poddał. Może w ich odczuciu nawet oszukał? I być może to jest najbardziej tragiczny aspekt całej tej historii.