rageman.pl
Muzyka

Tom Waits – Real Gone

rok wydania: 2004

wydawca: ANTI-

 

mam nadzieje ze sie nie znudziliscie opowiastkami o dokonaniach pana Toma Waitsa. bo ja nie. ba, powiem wiecej – uzaleznilem sie od nich.

jesli chodzi o „Real Gone”, ostatni w pelni premierowy material Waitsa… coz, nie ukrywam – dla mnie po tylko niezlych „Blood Money” i „Alice” to jest Powrot. wrocila roznorodnosc. wrocilo szalenstwo. wrocily nachalniejsze aranzacje (to jest komplement, jakby co). wrocil rytm, za ktory w glownej mierze odpowiedzialny jest stary znajomy Brain (choc w paru kawalkach przygrywa na perce sam potomek Waitsa, Casey Waits). zreszta powrocil takze jego (byly juz wtedy) kumpel z Primusa, Les Claypool, a przede wszystkim Marc Ribot. i trzeba przyznac, ze ten ostatni – a wlasciwie dzwieki jego gitary – zdominowaly ten album (potwierdzajac przy okazji, ze zaslugiuje na miano evil twina Erica Claptona – posluchajcie solowki w „Hoist That Rag”!). byc moze kosztem nieobecnego tu w ogole pianina. Waits bez pianina? a jednak.

zreszta, co tam brak pianina. otwierajacy „Top Of The Hill” to znacznie wieksza afera. a to z tego powodu, iz pan Waits posilkuje sie tutaj… beatboxem. spreparowanym przez wlasna gebe. a jakby tego bylo malo, wspomniany Casey Waits przyozdabia to skreczami. kozak! czyzby Waits wreszcie dostrzegl wspolczesne dzwieki?

nie, juz w „Hoist That Rag” wracamy do tego lepiej nam znanego oblicza. bluesujacego, choc w unikalny dla Waitsa sposob. ale i tak nawet jesli co rusz mamy uczucie milego deja vu, nawet jesli Waits siega po sprawdzone patenty, to i tak ta plyta jest swiadectwem (kolejnym) rozwoju, eksperymentalnego podejscia, wrecz kontestatorskiego. co objawia sie w braku tak silnie kojarzonego z Waitsem pianina, ale tez paroma polotycznymi wtretami, silnymi jak nigdy wczesniej. trudno zreszta by tak bystry obserwator rzeczywistosci nie skomentowal jakos takiego upadku jakim byla pseudo wojna w Iraku. o tym (choc w sposob zdecydowanie uniwersalny) mowi zamykajacy calosc piekny „Day After Tomorrow”, aranzacyjnie oparty tylko na akustycznej gitarze, co jeszcze bardziej przywoluje na mysl wczesnego Dylana. ale tez i wczesnego Waitsa przeciez, czesto stawiajacego akustyczna nad pianino.

szalony magiel stylistyk, zderzenie starego (przecudowny, 10minutowy „Sins Of My Father” to dla mnie Waits esencjonalny) z nowym. nie ma sensu rozkladac na czynniki pierwsze, bo tu kazdy numer jest wart szczzegolowej analizy. godny nastepca „Bone Machine”.

 

najlepszy moment: SINS OF MY FATHER

ocena: 8/10

Leave a Reply