In Memoriam: Chris Cornell (20.07.1964-17.05.2017)
„I never wanted to write these words down for you”
Rok 1994: Orbita moich zainteresowań muzycznych nie różni się wyjątkowo od tej, jaka cechuje przeciętne dziecko w wieku wczesnopodstawówkowym. W najlepszym wypadku Michael Jackson i Roxette, w najgorszym E-Rotic i Captain Jack. Chwalebnymi wyjątkami są Guns N’ Roses (jedną z moich najwcześniejszych zajawek okołomuzycznych było naśladowanie Axla Rose’a śpiewającego do flamastra) i Hey (wpływ odrobinę starszej i przez to już odrobinę bardziej ogarniętej muzycznie Siostry). Pewnymi oknami na świat Lepszej Muzyki była kolekcja płyt Taty (głównie classic rock i jazz) i MTV w telewizji. Na tymże kanale pewnego dnia oczom mym objawił się teledysk wyglądający jak jakaś narkotyczno-horrorystyczna wizja. Nienaturalnie powiększające się oczy postaci, opalająca się kobieta łapiąca jaszczurzym jęzorem muchę, czarna dziura w słońcu pochłaniająca cały świat… Lata później przekonałem się do podkładu dźwiękowego tego teledysku, jakim był oczywiście osławiony „Black Hole Sun”, natomiast klip wciąż pozostaje jednym z traum dzieciństwa, w jednym rzędzie z BOBem, Buką i przymusową fluoryzacją zębów w szkole.
Rok 1997: Powoli mur w młodzieńczym umyśle pęka i dociera do mnie, że eurodance niekoniecznie jednak jest najlepszą rzeczą jaka przydarzyła się muzyce. Spory wpływ na to ma kilka lat ode mne starszy kolega Maciek, z którym dzieliłem ławkę na zajęciach z angielskiego. Maciek był cool, miał plecak-kostkę i sporą kolekcję naszywek z nazwami zespołów. To Maciek też wyznał mi Prawdę Objawioną, której wtedy zupełnie nie rozumiałem, w liceum uznałem za błędną, by na szczęście z czasem w pełni się z nią zgodzić. Otóż Maciek wyznał mi kiedyś w przerwie między zajęciami, że Sweet Noise to gówno, a „Down On The Upside” jest najlepszą płytą Soundgarden. Ta druga kwestia tak oczywistą nie jest, bo Soundgarden – przynajmniej w pierwszym okresie swego istnienia – skuch nie zaliczało, niemniej to do ostatniego przed rozpadem albumu wracałem najczęściej, najlepiej mi się kojarzy i ma najbardziej mi odpowiadające brzmienie – nie tak metalowe jak na „Badmotorfinger” (który to album też uwielbiam), odrobinę bardziej psychodeliczne niż na „Superunknown”. No i zawiera „Burden In My Hand”, „Blow Up The Outside World” i „An Unkind” – a to dla mnie solidny pakiet argumentów.
Rok 2002: Zniknęły wszystkie pozostałości po zajawce Captain Jackiem. Rządzi przede wszystkim Rage Against The Machine po wsze czasy (hence nazwa tego bloga), Tool (lepiej), ale też Korn i sporo nu-metalu (gorzej). RATM oczywiście zdążył się w międzyczasie rozpaść i chwilę później instrumentaliści tej kapeli zakładają Audioslave, na wokal biorąc Chrisa Cornella, którego solowa kariera po rozpadzie Soundgarden nie rozwijała się tak okazale jak wszyscy by tego sobie życzyli (choć pierwszy album „Euphoria Morning” zawiera naprawdę przepiękne momenty). Jako „ten koleś od Rejdzów” zostaję skonfrontowany z „kolesiem od Soundgarden”, który chciał wiedzieć w co się wpakował jego ulubiony wokalista. Wymiana płyt CD idzie w ruch. Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że to ja więcej zyskałem na tym barterze – debiut Audioslave był raczej jedynym ich wartym uwagi dokonaniem (a i on sam na jakimś wybitnym poziomie nie stał), ja natomiast nie tylko zyskałem Zioma na lata (pozdro Lechu), ale i totalnie wsiąkłem w temat Soundgarden. A skoro mowa o pobocznych projektach – miliard razy bardziej godnym uwagi tematem od Audioslave jest jedyny album Temple Of The Dog. „Hunger Strike” i „Say Hello 2 Heaven”, NO HALO.
Sierpień 2007: Co za zestaw na Metal Hammer Festivalu – Tool i Chris Cornell! Ciężko wybrać kto bardziej tu „robi” – logo Toola mam niemal wytatuowane na sercu, no ale to któreś z kolei spotkanie, a Cornella zobaczę po raz pierwszy. Może „Carry On” promowany na tej trasie przez Krzyśka nie jest najlepszym albumem świata, ale wiadomo że setlista będzie obejmowała znacznie większą ilość jego dokonań, right? Niestety 2 dni przed koncertem Cornell odwołuje przyjazd. Szkoda, wielka szkoda. Ale zostaje Tool, a Cornell przynajmniej już wie gdzie leży Polska i na pewno jeszcze przyjedzie. Ma czas, młody jest.
Czerwiec 2009: Najmroczniejszy okres w karierze Cornella, a przecież mówimy o kolesiu, które ma za sobą kilka odwyków i śmierć przyjaciół (Jeff Buckley, Andrew Wood, na pewno odejście grunge’owych kumpli po fachu – Cobaina i Staley’a – też nie pozostawiło go obojętnym). Absolutnie idea nagrania popowej płyty z Timbalandem nie zasługuje na hejt – chyba że w oczach ludzi z mentalnym (lub realnym) wąsem, którzy nie widzą świata poza gitarami. Problem leżał w dwóch innych kwestiach. Timingu – kiedy Bjork i Beck nagrywali z Timbalandem było to naprawdę świeże i intrygujące, w 2009 Timbo był już symbolem muzycznego badziewa, a praca z nim drogą na skróty do odbudoania minionego fejmu i miliona monet, na którą dawali się w tym czasie nabierać wszyscy (Duran Duran, Madonna, to name a few). Bolał jednak przede wszystkim efekt końcowy współpracy, na czele z kompromitującym singlowym „Part Of Me” (czy ten refren „bitch ain’t part of me” naprawdę napisał ten sam koleś co „Jesus Christ Pose”?). Krążące po sieci nieoficjalne „rock versions” tracków z albumu pokazywały, że songwriting Cornella w tym czasie nie kulał aż-tak-bardzo (vide „Long Gone”), niemniej już na tym etapie irytujące sztuczki Timbalanda zupełnie pogrzebały projekt. I w związku z powyższym kiedy Cornell został ogłoszony jako jedna z gwiazd Szczecin Rock Festivalu obchodziło mnie to równie mocno co zeszłoroczny śnieg. Czyli wcale, łamane przez „fuck you, Chris Cornell!”. Nagraj dobry album i przyjedź jeszcze raz do Polski, to pogadamy.
Czerwiec 2014: lepiej być nie mogło – reaktywowany w najświetniejszym składzie Soundgarden przyjeżdzają do Polski! Ok, wydany 2 lata wcześniej „King Animal” może nie był wart tylu lat czekania, ale who fucking cares! Oświęcim może wydawać się dziwnym miejscem na koncert (chociaż organizowany tam Life Festival, którego SG miał być gwiazdą, zdążył już sobie wypracować renomę), ale znów – who fucking cares? SOUNDGARDEN W POLSCE! I kiedy ta historia relacji z Chrisem Cornellem miała zostać zwieńczona koncertowym happy endem, na horyzoncie pojawiła się opcja pracy w Sony Music, co miało zwieńczyć happy endem dotychczasową ścieżkę kariery. Sytuacja niestety wymagała dokonania wyboru. Padło na drugie, z nadzieją że jeszcze Soundgarden przyjadą, że to nie jest tymczasowa reaktywacja. I rzeczywiście, do środy wyglądało na to, że tymczasową nie będzie.
To najtrudniejsze pożegnanie muzyczne jakie pamiętam, a przecież odejście Cohena, Prince’a czy Bowiego też wbiły mi sztylet w serce. Ale mowa tu o człowieku, który kształtował mój gust muzyczny (umówmy się – to Guns N Roses w podstawówce to trochę przypadkiem wyszedł), który wiąże się z najfajniejszymi wspomieniami, a też – nie waham się tego powiedzieć – za sprawą „Fell On Black Days”, „4th of July” czy „Hunger Strike” pomógł przetrwać naprawdę najtrudniejsze chwile. Nie piszę tu o talencie wokalnym i songwriterskim, bo to powinno być bardziej niż oczywiste dla wszystkich. Może nie każdy fragment katalogu Soundgarden starzeje się bezboleśnie, ale nawet one są dziś potrzebne bardziej niż kiedykolwiek – w tych czasach, kiedy autentyzmu i oryginalności w mainstreamie jest już jak na lekarstwo.
„there’s just one thing left to be said”