Open’er Festival 2016 (dzień pierwszy)
kto: PJ Harvey, Tame Impala, Mac DeMarco
Ostatnimi czasy kuleje moje życie nie tylko blogerskie i, hm, muzyczno-konsumenckie (w sensie słuchanie płyt nie w drodze do pracy i z powrotem), ale też koncertowe. A jeśli już gdzieś ruszę zad, to bardziej decydujący jest tu aspekt towarzyski aniżeli muzyczny. Przykre to i wstydliwe, ale cóż, tak to aktualnie wygląda, że na inne rzeczy umyka czas. Nie ma dnia bym sobie nie obiecywał, że na emeryturze nadrobię wszystkie zaległości.
Są jednak takie ogłoszenia koncertowe, wobec których nie tylko nie da się przejść obojętnie, ale i człowiek postanawia pokonać swe lenistwo i ogarnąć całą logistykę, byle tylko znaleźć się na tym koncercie. Do tej kategorii podpadł koncert PJ Harvey na Open’erze. Choć i tu nie obyło się bez wątpliwości. Przecież to środek tygodnia, warto tak marnować dni urlopowe? A koszt biletu? I przejazdu? A może lepiej na RHCP grających w Babich Dołach następnego dnia, albo At The Drive-In w sobotę? Co smutne, bo jeszcze 10 lat temu nie do wyobrażenia było dla mnie opuszczenie jakiegokolwiek dnia Open’erowego, na którejkolwiek z edycji. Wszystko płynie.
Ale do brzegu, bo koniec końców stawiamy się na terenie festiwalu pierwszego dnia festiwalu punktualnie o 20.30 na Tent Stage. Choć w tym wypadku „punktualnie” oznacza niestety „na styk”. Nie chcę tu wylewać gorzkich żali na organizację festiwalu, a konkretnie na kwestię wpuszczania przez bramki, bo już wystarczająco się nawkurwiałem na miejscu, a pewnie i druga strona ma jakieś swoje uzasadnienie. Ale jak na nastą edycję renomowanego europejskiego festiwalu to za bardzo trąciło to zwyczajny PRL-em i zabrakło tylko, by ludzie siłą zaczęli szturmować bramki. I jak dla mnie mieliby ku temu powody.
OK, jeszcze raz do brzegu. Polly Jean! Przed koncertem bałem się, że koncert będzie zdominowany przez piosenki z dwóch ostatnich albumów, do których przede wszystkim żywię wielki szacunek… no i właściwie to tyle, chociaż też za dużo by mówić o specjalnym rozczarowaniu. Obawy się potwierdziły… co w żaden sposób nie wpłynęło na mój odbiór koncertu. Skrajnie entuzjastyczny, dodam. Bo to nie był koncert, to było Misterium, nabożeństwo jakieś, niezmącone jakąkolwiek rokendrolową-koncertową sytuacją typu „siadamy na ziemi i na znak skaczemy”. Kontakt między PJ a słuchaczami był i tylko ktoś, kto przez ten kontakt rozumie pogadanki artysty z publicznością może twierdzić inaczej. Dla mnie był on zupełnie niepotrzebny – w zupełności wystarczył mi najpiękniejszy na świecie (I REALLY MEAN IT) Jej uśmiech zadowolenia po wszystkim i szczerze brzmiące polskie „Dziękuję”. A skoro mowa o Pięknie – można rzec, że w kwestii makijażu PJ wróciła do swych korzeni, choć na tym etapie Jej kariery nie przeszkadza to już tak bardzo. A trudno się nie oprzeć wrażeniu, że starzeje się znacznie lepiej niż jej koleżanka ze sławetnej okładki „Rolling Stone”, Tori Amos. Zresztą dotyczy to nie tylko urody – podczas gdy Tori i, mimo wszystko, Bjork dawno już straciły kontakt z bazą tak w kontekście artystycznym jak i komercyjnym, PJ to Artystka z którą wciąż trzeba się liczyć. I cokolwiek bym nie powiedział o „Let England Shake” i „The Hope Six Demolition Project” – ani przez sekundę półtoragodzinnego koncertu nie można było mieć wątpliwości, że mamy przed sobą Artystkę będącą wciąż w szczytowej formie, a nie odcinającej kupony od przeszłych dokonań.
W innym wypadku nie ufałaby tak nowemu materiałowi, którym, jak już zostało wspomniane, naszpikowała setlistę tego wieczoru, zwłaszcza jej pierwszą część. Choć i tam zdarzały się cudne wyjątki, jak cudowny „When Under Ether” z „White Chalk”, tutaj jeszcze bardziej posępny. Kiedy jednak odpaliła „50ft Queenie”, a zaraz po nim „Down By The Water” (usłyszeć TEN refren na żywo i umrzeć), poczułem totalne emocjonalne ubezwłasnowolnienie. Wrócił ten pierwiastek (PIERWIASTEK?) szaleństwa, za który ją pokochałem. I choć potrwał on niedługo – bo ze starszych rzeczy zabrzmiało jeszcze „To Bring You My Love” i „A Perfect Day Elise” – poczułem się w pełni usatysfakcjonowany. Być może już on nigdy nie zagości na kolejnych albumach Polly Jean, ale dopóki będzie on nadrabiany awangardowym wysmakowaniem, dostojeństwem i po prostu wysoką jakością – idę w pełni na taki układ. Kolejne koncertowe marzenie odhaczone.
Wracając do przedkoncertowych, wspomnianych na wstępie wątpliwości – jedno z nich dotyczyło tego, czy te 250 złotych, które trzeba zapłacić za uczestnictwo w jednym dniu Open’era, to na jedną PJ Harvey nie za dużo. Bo przecież Florence And The Machine (o której później), czy nawet Savages (które i tak po części nakładało się na PJ) to raczej kategoria wykonawców, których mogę zobaczyć „przy okazji”, niekoniecznie zaś specjalnie dla nich jechać pół Polski. No, zostało jeszcze Tame Impala, będące na granicy mojego podziału „mogę zobaczyć”/”muszę zobaczyć”. Najkrócej podsumowując – już po pierwszym numerze przesunęli się mocno na drugą stronę skali.
Nie mogę jednak zacząć akapitu poświęconego koncertowi tego zespołu od refleksji, jak fascynującą drogę przeszli od czasu „Innerspeaker”, wydanego przecież nie tak dawno, bo zaledwie 6 lat temu. Ot, taki zbieg okoliczności – dzisiaj oglądałem retransmisję z rozdania jakichś nagród muzycznych w Kanadzie. A konkretnie nagród jakiegoś radia, zdominowanych w zdecydowanej mierze przez pop-scenę Rihanny itp. W pewnym momencie wjeżdżają nominację „Best Group”, a tam Fifth Harmony, One Direction, Major Lazer… i Tame Impala. Dziwność? No to dołóżmy jeszcze obecność „Currents”, ostatniego ich albumu (wydanego zresztą przez giganta fonograficznego, Universal) w rozmaitych TOPkach sprzedaży oraz TŁUMY na Open’erowym koncercie, który przecież odbywał się o mało sprzyjającej porze, bo o 1.00 w nocy. I można było zobaczyć wśród publiki rozczarowane twarze tych, którzy ukochali sobie osławione już „Lonerism” sprzed 4 lat, nie sądząc że sława o zespole może rzeczywiście aż tak daleko wyjść poza hipsterskie granice. I o ile można się rzeczywiście zgodzić co do różnic pomiędzy nowym dziełem a poprzednikami w wersji studyjnej, tak w w warunkach koncertowych zlewało się to w jedną, cudownie psychodeliczną całość. W dzisiejszej muzyce gitarowo-alternatywnej dosyć często przeszkadza mi „nowoczesne” brzmienie, które w praktyce oznacza przeważnie jego totalne wygładzenie, ugłaskanie czy mówiąc jeszcze bardziej dosadnie – pozbawienie go jaj. U Tame Impala zupełnie to nie przeszkadza, dzięki czemu nie boję się nazwać Tame Impala Pink Floydem (wczesnym, może nawet z Barrettem) na Nowe Czasy. Dla mnie wszystko w tym występie się zgadzało, wykorzystali okoliczności przyrody w stu procentach. Przez chwilę nawet pomyślałem jak biednie musi to brzmieć w kameralnych warunkach – nie życzę im powrotu do takich nie tylko dlatego, że na pewno lepiej się zarabia grając na stadionach, ale też dlatego, że idealnie się odnaleźli w tych nowych warunkach. Kiedyś ktoś ukłuł takie stwierdzenie, że najlepsze kncerty to takie, z których niewiele lub nawet nic się nie pamięta. I to może być właśnie ten przypadek – blackout już po pierwszym utworze.
W ramach bonusu dorzucam wzmiankę o koncercie Mac DeMarco, którego pseudonim obił mi się o uszy, ale niekoniecznie pociągnęło to za sobą audyt jego dyskografii. To był błąd – jakże o wiele lepiej by się słuchało tych piosenek znając je wcześniej, a co więcej – mogąc je śpiewać z innymi! Trochę zaskakujące były tłumy na tym koncercie, ale też paradoksalnie – w kontekście oferty Artysty w pełni zrozumiałe. Bo to cudownie przyjemne, „flażoletowe” granie – skojarzenia najczęściej biegły w kierunku Steely Dan, ale tak na dobrą sprawę można by tu przywołać niezliczoną ilość gitarzystów-songwriterów, których nadrzędnym celem jest wprawianie słuchacza w dobry nastrój, niekoniecznie po najmniejszej linii oporów. Amerykanie kiedyś wymyślili ciężkie do przetłumaczenia sformułowanie „slacker” – i ono idealnie pasuje do propozycji DeMarco. Idealnie z tym terminem zazębia się jego prezencja sceniczna. Proostra koszulka w spodnie, czapeczka z daszkiem, twarz podobna zupełnie do nikogo. Można by powiedzieć – manifest antycelebrycki, gdyby nie to, że widać po kolesiu, że on niczego nie chce manifestować tylko tak po prostu „nosi się” na co dzień.
Po skrajnie przeciwnej stronie niż DeMarco można za to umieścić Florenche Welch. Tu musiało być „na bogato”. Brzmieniowo, kompozycyjnie, wizualnie. Show, który miał obok RHCP przyciągnąć największe tłumy i tak chyba się też stało. Nie chcę odmówić talentu pani Florence – kilka jej utworów, jak „Shake It Out”, naprawdę wpada w ucho. Ponadto Josh Homme nie wspierałby swym gitarowym geniuszem byle kogo (vide koncert unplugged dla MTV). Ale w ponadgodzinnej dawce było to przytłaczające i poczułem się jak zgwałcony przez stado jednorożców do spółki z teletubisiami. Masowy rzyg tęczą, mocno napędzany gadkami Florence. Kiedyś czytałem wypowiedź Ozzy’ego, że głównym powodem powstania Black Sabbath było to, że nie mogli już znieść hipisowskiego klimatu. I rzeczywiście, w trakcie koncertu Florence zamarzyła mi się teleportacja na koncert Slayera. A parafrazując Grabaża – nigdy nie pokocham dziewczyny, która na koncerty FATM nakłada brokat i wianek.
Mimo wszystko to był bardzo udany dzień, chociaż nie wiem kto musiałby teraz wystąpić w Gdyni by znów zechciało mi się wejść do tego lansiarskiego cyrku. Tom Waits? Rage Against The Machine? Radiohead? A może uda im się przyjechać na „normalny” koncert?
najlepszy moment: A PERFECT DAY / JEJ uśmiech
ocena: PJ Harvey – 9/10, Tame Impala – 8,5/10, Mac DeMarco – 7,5/10
