rageman.pl
Muzyka

Armin van Buuren

gdzie: Ergo Arena, Gdańsk

kto: Armin van Buuren

 

Patrząc z dzisiejszej perspektywy na tego bloga – tj. perspektywy raczej wspominkowej (mimo iż nadzieja na zmianę tego stanu rzeczy wciąż się tli) – za jeden z jego podstawowych walorów nieśmiało pozwolę sobie uznać jego eklektyzm. Patrząc po kategoriach wpisów można powiedzieć, że gościli tu reprezentanci każdego stylu muzycznego. Od death metalu (by nie być gołosłownym) poprzez hip-hop i jazz, na Papa Dance skończywszy. Archiwum rageman.pl nie uwzględnia (choć może na emeryturze coś z tym zrobię) notek z czasów poprzednika tego bloga, wiszącym na innym serwerze – tam to się dopiero działo, z relacjami z koncertów discopolowych włącznie. Tak więc całą mapę gatunków muzycznych mamy odkrytą, choć wciąż połyskiwał lekko jeden drobny, biały punkt. Tę ostatnią twierdzę zdobyliśmy w ten weekend, kiedy do Polski zawitał Król Muzyki Trance, Armin Van Buuren.

Nie będę ukrywał, iż gdyby nie darmowy wjazd i perspektywa spędzenia weekendu w rodzinnym Gdańsku to tematu by nie było. O ile z muzyką elektroniczną jako gatunkiem ostatnimi czasy trochę się do siebie zbliżyliśmy, tak trance jawił mi się jako skrajnie odległe mi zjawisko, a już na pewno słuchany w warunkach domowych i na trzeźwo. Delikatnie rzecz ujmując – to wybrakowanie melodii, jednostajność bitów i niezbędnik w postaci „pierdolnięcia” poprzedzonego narastającym napięciem (coś jak blast w death metalu) to nie są elementy, które mogłyby się składać na mój ulubiony rodzaj muzyki. A jednak ostatnimi czasu zacząłem się wtajemniczać w temat, by dokonać niebywałego wręcz odkrycia, że trance to gatunek jak każdy inny – ze swoimi „charakterystycznościami”, przyzwyczajeniami, wadami i zaletami; co jednych będzie w nim zachwycało, innych odrzuci. I jak każdy inny gatunek muzyczny, ma on swoich innowatorów i epigonów. Ikony stylistyki i ławicę, o której za niedługo nikt nie będzie pamiętał.

Nie trzeba być fachowcem w tej dziedzinie by wiedzieć, że Armin Van Buuren należy aktualnie do największych graczy w trance-grze. Nie wiem czy można go uznać za innowatora, ale na pewno wydany pod koniec tamtego roku „Embrace” pokazał, że ma on ambicje sięgające poza uprawianą dotychczas niszę. Jazzowa trąbka, rockowy sound, rapowane wokale, a nad to wszystko – okładkowa sesja zdjęciowa autorstwa samego Anton Corbijna (Depeche Mode, U2). Występ w ramach serii koncertów „Armin Only”, w których ponad 4-godzinych ramach głównym punktem programy miało być odegranie w całości tego albumu (wraz z wszystkimi gośćmi!) nie zapowiadało się na taką katorgę, jakiej mógłbym się spodziewać po imprezie z muzyką trance.

Tu od razu zaznaczę, choć przypuszczalnie powinienem to uczynić na samym początku – będąc na początku drogi z taką muzyką (i nie mając wcale pewności, że chcę dalej nią podążać heh), ciężko mi nie tylko o jakąkolwiek skalę porównawczą pozwalającą obiektywnie ocenić ten event, ale też nie powołam się (z paroma wyjątkami) na jakiekolwiek konkretne nazwy utworów. Potraktujcie ten wpis więc jako refleksję bardziej natury socjologicznej aniżeli dziennikarsko-muzycznej.

Tyle słowem wstępu. Zatem przybiliśmy na miejsce tuż przed północą, jako że gwiazda wieczoru (przed Arminem do tanća przygrywali dj’e, których xyw nie pomnę – szkoda, że nie doszedł do skutku planowany support w postaci Bubble Chamber – byłoby to dosyć osobliwe widzieć alternatywnych muzyków i to o dosyć lokalnej popularności, rozgrzewających do wielogodzinnych bojów z Arminem rzesze bezkarkowych osobników) miała rozpocząć swoje show równo o północy. Trochę się więc zdziwiłem wchodząc na trybuny Ergo Areny, kiedy usłyszałem znajome mi z „Embrace” dźwięki i widząc równie znajomego mi osobnika na scenie, a na dodatek przed nim wypełnioną całą płytę i wspomniane trybuny. No trudno, ponoć niewiele nas ominęło, a przed nami jeszcze minimum 4 godziny z Arminem.

Właśnie – chyba nigdy nie byłem na koncercie (?), gdzie publika tak „swobodnie” traktowała interakcję z gwiazdą wieczoru. Normalnie człowiek dając ponad 100 złotych za bilet stara się jak najbardziej wykorzystać te +/- 90 minut z artystą, odpuszczając nawet robienie siku. Tutaj było diametralnie inaczej – przez korytarze Ergo Areny przepływ ludzi był jak w warszawskim metrze w godzinach szczytu, spijających browary, korzystających z gastronomii czy oblegających stoiska z merchem. Co jednak można chyba zrozumieć – trzeba mieć naprawdę niezłą fiksację na punkcie Armina (albo dobrego dilera), by angażować się w występ przez prawie 5 godzin.

Wróćmy do koncertu. Od razu załatwmy formalności – pod względem technicznym była to najwyższa, światowa półka. Nagłośnienie – żyleta, z basami potrząsającymi wnętrznościami ciała, a jednocześnie ani odrobiny nie zakłócającymi selektywności brzmienia. Oświetlenie – bajka, nawet jeśli momentami groziło epilepsją. Wizualizacje także na propsie, raczej uzupełniając show aniżeli wychodząc przed szereg – dominował w nich kształt trójkątny, a konkretnie kształt litery „A” (wiadomo), co jakiś czas pojawiały się fragmenty klipów lub grafika z okładki „Embrace”. Jeśli chodzi o aspekt show – tu akurat jeszcze na półce z Rammsteinem czy AC/DC bym nie stawiał, ale też chyba nie takie są aspiracje Armina – chłopak woli ograniczać się do konsolety, co bynajmniej nie oznacza stateczności – skakał, wywijał fikołki, a przede wszystkim rozkładał ręce w pozie nie pozostawiającej wątpliwości, kto tu jest Mistrzem Ceremonii. Jeśli chodzi o osoby trzecie – przewinęło się przez scenę kilku tancerzy, przede wszystkim jednak listę gości uzupełnili ci, którzy wystąpili na „Embrace”. Był poprockowy Kensington by wykonać singlowy „Heading Up High”, był Mr. Probz (poza „Another You” zaśpiewał także własne „Waves”, co ciekawe – przy znacznym udziale wokalnym publiczności). Liryzmem i nastrojowością zawiało kilkukrotnie w momentach, gdy na scenie pojawiał się Eric Vloeimans ze swoją trąbką (ciekawe co działo się wtedy w głowach tych wszystkich wixiarzy?). Muszę przyznać, że wyjątkowo lubię taką formułę z gościnnymi występami, nadając całości trochę teatralnego efektu, gdzie wokalistom bliżej do aktorów, a piosenkom do aktów całego przedstawienia. Oczywiście na końcu musiał nastąpić happy end, podczas którego na scenę wyszła cała „obsada”.

A muzyka? Jaka muzyka? Ok, jak zostało wspomniane – gwoździem programu był odegrany w całości „Embrace”. Nie zabrakło sięgania po cudzesy – poza wspomnianym „Waves” największy entuzjazm wywołał „Hello” Adele – na początku lirycznie jak w oryginale, z czasem brzmiący jak na sterydach – elektroniczny bit, oczojebne światła itp. Pod koniec koncertu „właściwego” nastąpił set z „powrotem do korzeni”, czyli z graniem z winyli. A w praktyce to już z wixy przeszło w dżumagę dla najwytrwalszych, bez zbędnego show – chyba że za takowy uznać przesunięcie konsolety bliżej ludzi. „Powrót do korzeni”, czy jakoś tak. Fajnie, ale dla niewtajemniczonego było to już za dużo, więc uznaliśmy to za dobry znak by zakończyć wieczór.

Wieczór, jak wynika z powyższego, całkiem udany i pożyteczny. Idę słuchać dalej W&W. Mam nadzieję, że w końcu mi się znudzi i wrócę do normalnej muzyki.

 

najlepszy moment: każdy z „pierdolnięciem”

ocena: 7,5/10

Leave a Reply