rageman.pl
Muzyka

In Memoriam: George Martin (03.01.1926-08.03.2016)

Trochę nam się ten blog w nekrologownię zmienia… Ale nic nie poradzę na to, że z nowej muzyki nic nie inspiruje mnie na tyle, by wrócić do aktywnego blogowania, a bohaterzy muzyki sprzed lat, wciąż rezonującej w moim sercu, odchodzą jeden po drugim i potrzeba oddania im hołdu jest tak silna.

Tym razem kostucha trafiła niemal w sam środek tarczy. Bo przecież mowa tu o The Beatles, najprawdopodobniej najwspanialszym zespole jaką dała nam współczesna muzyka, a i mogącym być stawianym obok Beethovena, Mozarta czy Bacha, choć pewnie kilku zacietrzewionych akademików pewnie wciąż się broni rękoma i nogami przed taką opinią. A George Martin to osoba, która z całej konstelacji osób otaczającej Fab Four miała największy wpływ czym tym zespół był. Wpływ wykraczający daleko poza studio nagraniowe (dość powiedzieć, że to on doprowadził do podpisania przez nich kontraktu z wytwórnią) – choć oczywiście nie do przecenienia jest tu też rola Briana Epsteina jako menedżera. I choć uwielbiamy filmy z Beatlesami, wciąż tworzymy popyt na kolejne ich biografie z nadzieją odkrycia nowych smaczków z ich życiorysów, podziwiamy metamorfozę ich wizerunku, to jednak najważniejsza wciąż pozostaje Muzyka. A tej mogłoby zwyczajnie nie być w takim kształcie jaki znamy, gdyby nie George Martin.

Aranżacja smyków w „Eleanor Rigby” czy „Yesterday”. Fortepianowe solo w „In My Life”i jego rejestracja na zwolnionej taśmie, co zaowocowało unikalnym, klawesynowym brzmieniem. Prekursorski sampling w „Tomorrow Never Knows”. „A Day In The Life” – CAŁOŚĆ. Przykłady można mnożyć praktycznie w nieskończoność, ale co ważne – w żaden sposób nie ujmuje to geniuszowi Lennona i spółki. Ponadczasowość utworów Liverpoolskiej czwórki tkwi przecież przede wszystkim w ich melodiach, potem w formie – aranżacji instrumentalnej, brzmieniu itp itd. Na tym drugim polu symbioza zespołu z Martinem była praktycznie idealna, trwająca przez niemal całą ich karierę (choć wiadomo, że na odcinkach konkretnych kompozycji wkład producenta był bardzo różny, czasem – zwłaszcza w późniejszym okresie i wraz z rosnącą samoświadomością członków The Beatles – niemal znikomy). Co zresztą miało też wpływ na rzeczone melodie, jakość kompozycji. Zawsze warto w takim momencie podkreślić rolę producenta nie tylko jako osoby która decyduje o tym, w którym momencie rejestracji utworu „pokręcić gałkami”, ale też nierzadko przy których utworach tymi gałkami kręcić. Znamiennym jest, że być może najsłabszy album The Beatles (choć w ich kontekście słowo „najsłabszy” brzmi jakoś… wstrętnie), „Let It Be”, został wyprodukowany przez Phila Spectora. Producenta, przy którym również spokojnie można postawić znak jakości „geniusz”. Co więc zawiniło? I czy na pewno tylko schyłkowa forma Fab Four, czy może też nieumiejętność wydobycia przez Spectora tego co najlepsze z zespołu? Dość zresztą powiedzieć, że przecież wybór Spectora na producenta nie był jednomyślny.

O tym, jak bardzo silny był związek Martina z The Beatles świadczą też wszystkie lata następujące po rozpadzie zespołu. Najznamienitszy przykład album „Love” z 2006 roku – choć odbierany bardzo różnie, przez sceptyków jako przysłowiowe domalowywanie wąsów Mona Lizie, to wciąż świadczący o wyjątkowej wyobraźni Martina. I choć lista zasług okołobeatlesowych jest długa – obejmująca produkcję m.in. tematów muzycznych do serii o Jamesie Bondzie, płyt Jeffa Becka, UFO i Ultravox – to nie zmienia to faktu, że zapamiętany zostanie jako „Piąty Beatles”. A to tytuł, o jakim marzy zdecydowana większość ludzi zajmująca się muzyką. I pewnie będą marzyć kolejne pokolenia.

Leave a Reply