In Memoriam: Prince (07.06.1958-21.04.2016)
Kolejna notka, kolejne pożegnanie. Trochę nam się cmentarz z tego bloga robi. Cóż, jak już niejednokrotnie zostało tu wspomniane, brak mi czasu i inspiracji by pisać o nowych i nie-tak-nowych wydarzeniach kulturalnych, które zresztą w zdecydowanej większości nie zachwycają na tyle, by porzucić blogerską emeryturę. Ale kiedy odchodzą muzycy, którzy mnie ukształtowali lub z pewnych względów są dla mnie ważni, to czuję dziwnego rodzaju obowiązek popełnienia kilku słów na ten temat. A że 2016 jawi się jak dotychczas wyjątkowo okrutnym, znów trzeba chwycić za klawiaturę…
… i zwątpić. Pisać o kimś takim jak Prince, mając tak ograniczony warsztat literacki jak ja? Ostatni raz tak się czułem gdzieś po 8 stycznia tego roku, kiedy podjąłem się wyzwania napisania czegoś o zmarłym Davidzie Bowiem. Wtedy uznałem, że na jakiekolwiek odkrywcze spostrzeżenie, zwłaszcza w zalewie pośmiertnych laurek, analiz i refleksji nie ma sensu. Trzeba było więc wybrnąć w inny sposób, np. poprzez maksymalną szczerość i przefiltrowanie tematu przez kontekst własnych doświadczeń. I tutaj spróbuję uczynić podobnie.
Analogii do „kejsu” Bowiego jest zresztą więcej. Bo tu także pełne, prawdziwe docenienie geniuszu głównego bohatera przyszło stosunkowo późno, choć też – może i w najlepszą porę, mając już romanse z dziwnymi odmianami muzyki za sobą. Trzeba jednak przyznać, że Prince miał w tym wypadku łatwiej niż Bowie, dzięki obracaniu się w rejonach muzycznych (pop/funk/groove rock) łatwiej dla mnie przyswajalnych, dzięki wychowaniu w domu przepełnionym muzyką Michaela Jacksona i Quincy Jonesa. Zaczęło się od najbardziej oczywistego, najpopularniejszego strzały, czyli „Purple Rain”. Nie chce się powtarzać, wyczerpując zagadnienie zjawiskowości tego tracka przy okazji recenzji albumu o tym samym tytule (tutaj) – wciąż podpisuje się pod każdym zawartym tam słowem. Dla mnie ta kompozycja działa niemal jak papierek lakmusowy – albo masz serce i emocje, których nie boisz się wyrażać, albo nie. Zwyczajnie nie ufam ludziom, których ta ballada (jakie płytkie wydaje się to słowo w kontekście tego utworu, a przecież samo w sobie jest całkiem szlachetnym pojęciem) nie porusza. Znaczy że ściemniają, albo… nie, nie dopuszczam innych możliwości. Po prostu.
A potem były kolejne ciosy, niemal nokautujące. „When Doves Cry” (znów odsyłam do recenzji „Purple Rain”, gdzie więcej o geniuszu tej piosenki, nie ograniczającym się do jej bezbassowości), „The Most Beautiful Girl In The World” (jak to możliwe, że to nie jest najpopularniejszy utwór na weselach?), „Kiss”, „Sexy MF”. Także ścieżka dźwiękowa do „Batmana” Tima Burtona, posiadana na kasecie, mocno mnie w dziecięcych latach zafascynowała (w ogóle postać współpracy Popowego Księcia z Mrocznym Księciem Kinematografii, kaman!). Cały czas mimo wszystko panował między mną a panem Princem Rogersem Nelsonem lekki dystans, być może wynikający z obracania się w towarzystwie, gdzie słuchanie Prince’a było odbierane w kategorii lekkiego obciachu (zresztą o niezrozumieniu zjawiska Prince’a w Polsce później w tej notce). Na szczęście dystans zniknął całkowicie, a najbardziej pomogły w tym pierwsze albumy Artysty. Gdzie już słychać trademarkowy „Minneapolis sound”, a jednak ma to jeszcze sporo młodzieżowo-garażowego brudu, czy może bardziej – pierwotnej energii. Najlepiej w moim prywatny mniemaniu objawia się to w tytułowym tracku z albumu „Controversy”, swoją drogą jednym z najlepszych tanecznych utworów jakie znam, choć całkiem możliwe że jest to dość odosobniona opinia.
Wybitność zjawiska jakim był Prince to zresztą nie tylko bycie współautorem własnego brzmienia, będącego mariażem funku, rocka, disco, popu, r’n’b, a nawet psychodelii, i który daje pewne wyobrażenie jak mógłby brzmieć efekt idealnej współpracy Jimiego Hendrixa z Jamesem Brownem (kusi by dodać tu też Milesa Davisa, który Prince’a nagminnie propsował jak mało kogo). To także tytaniczność pracy, objawiająca się w pełnej samowystarczalności instrumentalnej (debiut, tak bogaty przecież aranżacyjnie, nagrał praktycznie sam; wraz z kolejnymi płytami instrumentalnego zewnętrznego wkładu było coraz więcej, jednak większość wciąż ogarniał sam Prince) oraz nadludzkiej regularności wydawniczej (39 studyjnych albumów nagranych w ciągu 40 lat!).
Nie można też zapomnieć o osobliwym, androgenicznym wizerunku, nie pasujących do ziemskich norm (znów ten Bowie!). Gdzieś na granicy totalnej zniewieściałości i heteroseksualnej zwierzęcości (warto nadmienić, że wśród łupów Prince’a znalazła się Sherilyn Fenn, czyli Audrey z „Twin Peaks”). Przyznam, że ten wizerunek był dosyć kłopotliwy kiedy przychodziło płacić za jego płyty przy kasie sklepu muzycznego – okładki wczesnych albumów z silną ekspozycją nagiego ciała spokojnie można uznać za jedne z najobleśniejszych w historii muzyki (ze szczególnym wskazaniem na „Dirty Mind”). Osobnym wątkiem jest historia jego skomplikowanych relacji z branżą muzyczną. Począwszy od niewolniczego kontraktu z Warnerem, dość mocno nagłaśnianej sprawie przez Prince’a (słynny napis „Slave” podczas występów), poprzez walkę z YouTubem (która zaowocowała praktycznie zerową obecnością na tym portalu – żadnych klipów czy też koncertowych fragmentów, nawet własną koncertową interpretację „Creep” Radiohead kazał usunąć, ku sprzeciwowi autorów piosenki – w ogóle absurdalność tej sytuacji!). kończąc na usunięciu całego swego katalogu ze streamingu (pomijając deal z Tidalem, gdzie miał ekskluzywną premierę ostatni album Prince’a, dwuczęściowy „HITnRUN”). W kontekście tego wszystkiego okresowa zmiana swego pseudonimu artystycznego na symbol, którego próżno szukać na klawiaturze, jawi się mało znaczącym epizodem. Jednym słowem: Artysta.
I gdyby ta historia mojej relacji z Prince’m posłużyła za kanwę filmu, na pewno jego tryumfalnym grande finale byłby koncert na gdyńskim Open’erze w 2011 roku. Pierwszy i jedyny już koncert na polskiej ziemi, w który najwięksi nawet entuzjaści Prince’a w tym kraju zwątpili, że kiedykolwiek nastąpi. I choć zjadł najprawdopodobniej prawie cały budżet tamtej edycji festiwalu, co zaowocowało miałkością całościowego lineupu (zwłaszcza jak na okrągłą, 10 edycję – z chlubnym, przepysznym wyjątkiem w postaci Primusa grającego bezpośrednio przed Princem), i choć wcale nie było pewności że ta inwestycja się opłaci (bo ile znacie osób które określają się mianem Prince’a?), to był to koniec końców jeden z najlepszych strzałów w wieloletniej już historii Open’era. Komercyjnie (takich tłumów nigdy nie widziałem w Babich Dołach), ale przede wszystkim artystycznie. Grubo ponad 2 godziny grania, z nieustannym komplementowaniem polskiej publiki (pewnie kurtuazyjnym, choć posiadając taki status naprawdę nie musiał) i czterokrotnym (!) bisem. Tak, jeden z koncertów życia.
Prince na koncert do Polski przyjechał, Bowie nie zdążył. Bowie jednak zdążył przygotować się do własnej śmierci, cierpiąc przez dłuższy czas na nowotwór. Śmierć z powodów powikłań pogrypowych to nie jest okoliczność, na którą w jakikolwiek sposób można się przygotować, co tylko wzmacnia uczucie bezsensu i bezsilności. 57 lat, śmierć niemal „na posterunku”, bo w studiu nagraniowym. I smutna kontestacja. Bo gdzie szukać następców? (fani Lenny’ego Kravitza proszeni są o wyjście z sali). I czy Polska należycie pożegna autora „Purple Rain”? Przecież dla większości tutaj (bazuję na obserwacjach własnych) Prince to był „pedałek z wąsem”, ten od „tej pompatycznej balladki”. Kiedy ostatni raz słyszeliście jego utwór w radiu? Widzieliście jego pseudonim w jakichkolwiek lokalnych rankingach? Odnotowaliście jego obecność na lokalnych kanałach TV? No właśnie. Nie liczę na to, że Prezydent Duda poświęci mu, wzorem Obamy, wpis na Twitterze. Ale… Bowiemu wpis poświęcił. Na gali nagród Fryderyki kilka dni temu odbył się występ lokalnych artystów jazzowych składających hołd „Starmanowi”. A dzień później odsłonięto w Warszawie mural mu poświęcony. A przecież Bowie też miał być skrajnie niedocenionym i nieznanym w Polsce piosenkarzem, który sprzedał kilkaset biletów na niedoszły stadionowy koncert. Oby i w tym wypadku było analogicznie.