In Memoriam: Tommy Ramone (29.01.1949-11.07.2014)
Co się dzieje, dopiero co skończyłem notkę o Charlie Hadenie…
Serio, nie jestem psycholem, który jara się śmiercią celebrytów i czerpie z tego wenę do pisania bloga. Ale założyłem sobie przy tworzeniu tego bloga, że poza recenzjami znajdą tu się komentarze do tego, co dzieje się w świecie muzyki. Średnio to wyszło, bo sprowadziło się do notek pośmiertnych, ale jednak. Nie o każdym muzyku, wbrew pozorom, tylko o tych, których twórczość w jakikolwiek sposób na mnie wpłynęła. Z całym szacunkiem dla dokonań Ronniego Jamesa Dio, ale nigdy jego muzyki nie słuchałem dla przyjemności jako że średnio do mnie trafiała i czułbym się dziwnie pisząc o jego zasługach. Co innego jednak Charlie Haden i co innego Tommy Ramone, nawet jeśli spokojnie można uznać, iż panowie ci reprezentują skrajnie odmienne podejście do muzyki.
Ramones. No wiadomo przecież w czym rzecz. Melodie Beach Boysów grane na modłę The Stooges. Najdoskonalszy przykład prostoty jako formy sztuki. A personalnie? Wiadomo, Joey, Johnny, co poniektórzy zapewne pamiętają o Dee Dee i… no właśnie. Ramones byli tego typu firmą, w której przynajmniej na jednym stanowisku rotacja była dość regularna. U nich padło na perkusję. Najdłużej utrzymał się Marky Ramone, bo aż 14 lat, ale czy przez to można uznać go tym najważniejszym? Ok, okoliczności wypaczają trochę obiektywizm, ale fakty są następujące:
a) Tommy Ramone grał na albumach, które chyba każdy fan muzyki, a także samych Ramones, uznaje za te najważniejsze i najlepsze, czyli kultowym debiucie i „Rocket To Russia”
b) Tommy Ramone także współprodukował te albumy, co spokojnie pozwala uznać go także za jednego z głównych twórców brzmienia Ramones
c) Tommy Ramone pierwotnie był menadżerem zespołu, a to, jak każdy średnio zorientowany w branży muzyczenej fan wie, także dość istotna rola
d) Tommy Ramone był TYM PIERWSZYM. Sorry Marky, ale Ronnie Wood też musiał się z wyższością Briana Jonesa pogodzić, mimo że gra w Rolling Stones’ach kilka dekad, a Jones kilka lat
4 lata, w trakcie których Tommy grał w Ramones, miały impakt kilkakrotnie większy niż wszystkie pozostałe lata działania zespołu i to także jego zasługa. Jasne, nie jest fajnie kiedy ponad 20 lat działalności zespołu sprowadza się do kilku zaledwie płyt. Ale daj Boże, by choćby 1/10 współczesnych zespołów parających się punk rockiem nagrała tak absolutnie wymiatające numery jak „Blitzkrieg Bop”, „I Wanna Be Your Boyfriend” czy „Sheena Is Punk Rocker”.
Ostatni bastion oryginalnego składu Ramones padł. Poniżej piosenka będąca być może oczywistym wyborem, ale… domyślacie się już chyba, który z Ramonesów ją napisał, prawda?