rageman.pl
Muzyka

In Memoriam: Charlie Haden (6.08.1937-11.07.2014)

charlie-hadenSłabo jest powtarzać pewne spostrzeżenie co notkę, ale w tym przypadku muszę, bo nie wiem jak inaczej zacząć dzisiejszy wpis. Otóż: dużo się dzieje ostatnimi czasy. I chociaż dzieje się mnóstwo fajnych rzeczy i nie zamieniłbym aktualnego żywota na żadne inne, to niestety odbywa się to kosztem tego bloga, które przez ponad jedną trzecią tego życia była jego fundamentalnym elementem. Boli to strasznie, nie ukrywam, ale dopóki doba ma tylko 24 godziny to chyba tak to już będzie wyglądało. Pół biedy jednak, że rykoszetem tracę lekkie rozeznanie w tym, co się na muzycznej scenie dzieje (nie wliczając w to rzeczy, które wydawane są przez mego pracodawcę). Jeśli jednak po miesiącu dowiaduję się, że umarł Horace Silver, który gdzieś tam odcisnął piętno na mojej edukacji muzycznej, to oznacza, że ta edukacja muzyczna (która przecież trwa całe życie) naprawdę się wykoleiła.

Małe szczęście w wielkim nieszczęściu, że o śmierci Charliego Hadena dowiedziałem się dzień po, czyli dzisiaj. Muszę w tym momencie zaznaczyć, że nie zamierzam na okoliczności tego wpisu spinać się na wielkiego miłośnika jazzu. Ale swego czasu przeżyłem sporą fascynację tym gatunkiem – co zresztą jest udokumentowane na tym blogu – i gdyby aktualne życie pozwalało mi na zagospodarowanie godziny w samotności i skupieniu, to pewnie znów mógłbym zatopić się w tych dźwiękach bez reszty. Oczywiście jazz jazzowi nierówny i nie każdy jego odłam jestem w stanie przetrawić. Ta jego „strunowa”, fusionowa odmiana – tworzona przez Scofielda czy Metheny’ego – jak najbardziaj koresponduje z moimi zapotrzebowaniami muzycznymi (zdaję sobie sprawę, że w tym momencie puryści jazzowi czytający tę notkę wydają gromki ryk pogardy). Także Charlie Haden, obok Pastoriusa najbardziej inspirujący generator basowych tonów w tym gatunku muzycznym.

Wspomniałem o Pat Methenym także z tego względu, iż efekt jego kolaboracji z Hadenem, „Beyond The Missouri Sky”, z perspektywy czasu uważam za jedno z najpiękniejszych dokonań muzycznych z jakim dane mi było obcować, niedostatecznie docenionym w momencie pisania recenzji na blogu. Cudowna, przepełniona melancholią i jakąś niezdefiniowaną tęsknotą muzyka, trochę w duchu soundtracku do „Prostej Historii”, której popularność wyszła daleko poza jazzowy krąg (utwory z tej płyty coverował m.in. Johnny Cash). A przecież tych świetnych albumów Haden ma na koncie znacznie więcej. Nie tylko zresztą jako główny lider (m.in. Quartet West), ale też jako wielce pożądany sideman. Także w świecie niejazzowym – wystarczy wspomnieć współpracę z Beckiem na kultowym „Odelay”. A gdyby jeszcze to Was nie zachęciło do (ponownego) zapoznania się z twórczością Hadena – jego zięciem jest sam Jack Black. How cool is that?

Leave a Reply