Niesamowity Spider-man 2
reżyseria: Marc Webb
Czyżby się nam tu wykluwał blog filmowy? Być może, bo faktem jest, że jakoś ostatnio w ramach relaksu częściej wybieram kino aniżeli muzykę. No i też za tą formą rozrywki przemawia to, że jest ona bardziej towarzyska aniżeli słuchanie płyt w domowym zaciszu.
Dobra, o filmie miało być, więc przejdźmy do Wstępu Właściwego. Otóż zanim w moim życiu na poważnie zagościła Muzyka jako najbardziej mnie pasjonująca dziedzina sztuki, były komiksy. Któż ich zresztą za dzieciaka nie czytał, o ile należało się do frakcji męskiej, czy też raczej chłopięcej. Nie ukrywam, jako człowiek o pogodnym i mało dojrzałym usposobieniu preferowałem opcje kreskówkowe typu Kaczor Donald i Królik Bugs (ach, ile bym dał, by odzyskać gromadzoną przez lata Kolekcję…), ale tzw. superbohaterowie też się w tym czasie przewijali. Przede wszystkim Batman i Spider-man Paradoksalnie, być może jako przeciwwaga dla kolorowych postaci ze świata Disney’a, zdecydowanie bardziej preferowałem tego pierwszego. Może to ten mrok otaczający sztandarową postać ze stajni DC Comics, może fakt, że wydawał się on bardziej realną i przez to bardziej pociągającą postacią. W każdym bądź razie – sympatia do tej postaci przetrwała aż do dzisiaj, tymczasem z Człowieka-Pająka zwyczajnie mi „się wyrosło”. Dość znamiennym w tym kontekście wydaje mi się fakt, jak potencjał obu tych postaci wykorzystało Kino. Batman zaczął z wysokiego C, tj. od „współpracy” z jednym z najoryginalniejszych reżyserów naszej ery, jakim jest Tim Burton. Później temat faceta w kostiumie nietoperza brali na tapetę Joel Schumacher i Christopher Nolan. Z lepszym lub gorszym skutkiem, ale wciąż mówimy o twórcach o własnym, charakterystycznym stylu, w przypadku których można pokusić się o określenie „kino autorskie”. Kinematograficzne losy „Spidey’a” potoczyły się ciut inaczej. Niby już w ’77 roku powstał film o przygodach Petera Parkera i jego owadziego alter ego, ale nikt tego dziełka nie pamięta, więc nie ma o czym mówić. W przeciągu kolejnych 25 lat żaden reżyser nie kwapił się do ponownego zmierzenia się z tematem i śmiem twierdzić, że problem tkwił bardziej w postaci Spidermana aniżeli np ograniczeń budżetowych. Dopiero w poprzedniej dekadzie ryzyko podjął Sam Raimi i to trzykrotnie. Z całym szacunkiem jednak dla twórcy kultowego „Evil Dead”, ale jednak bliżej mu do filmowego wyrobnika niż mistrzów reżyserii. Był więc spory – większy nawet niż w przypadku ekranizacji przygód Batmana – sukces komercyjny, ale czy ktoś dziś do tych filmów wraca poza komiksowymi geekami? Być może czwarta część serii przekonałaby bardziej wymagających miłośników kina, ale o tym nigdy się nie przekonamy, bo Raimi wypisał się z projektu. Wystarczyło niby tylko powierzyć reżyserski stołek komuś innemu. Włodarze Sony Pictures, dysponujący prawami do przenoszenia przygód Spidermana na ekran, postanowili jednak wymyślić koło na nowo i za sprawą modnego chwytu „reboot” zacząć opowiadać historię na nowo.
Trudno stwierdzić, co kierowało studiem filmowym przy podejmowaniu takiej decyzji… chociaż nie, właściwie to wiadomo – chęć zarobienia jeszcze większej kasy. Bo czym innym tłumaczyć fakt, że reżyserię nowej serii powierzono kolesiowi, który dotychczas zajmował się wyłącznie kręceniem teledysków dla m.in. P.O.D. i Good Charlotte? Ok, niby Marc Webb, bo o nim mowa (swoją drogą – dość adekwatne nazwisko), zadebiutował na dużym ekranie skądinąd świetnym „500 Days Of Summer”, ale spójrzmy prawdzie w oczy – nie jest to film o jakimś unikatowym stylu. I tę bezpłciowość wizualną widać także w nowych Spidermanach – są jeszcze bardziej „przeźroczyste” nić dzieła Raimiego. Raczej nie było tu mowy o konfliktach artystycznych na linii reżyser – producenci.
Ale nie to jest najgorsze w „dwójce”. Przez cały seans miałem wrażenie, że oto Spidey znalazł się w punkcie, w którym Batman uktwił w ’97 roku za sprawą „Batmana & Robina”, przez co zraził do siebie kinomaniaków na niemal całą dekadę. Czyli slapstick, dowcipkowanie z dupy i efekty dźwiękowe dla dzieci. W sam raz aby całość zdubbingować i targetować na dzieci. Słowo daję, tak niskiej średniej wiekowej nie widziałem nawet na seansie „Shreka”. Ok, komiksowy pierwowzór ma w sobie dużo luzu, ale na Boga, jakoś nie przypominam sobie, by w komiksie Spiderman latając między budynkami wydawał odgłosy typu „juhuuuuu” i „łiiiiiiiiiiii”. Nawet ten Electro jakimś dziwnym trafem przypomina Mr. Freeza z czwartej części Batmana… O przeładowaniu efektami specjalnymi i choćby minimalnej próbie ich „urzeczywistnienia” nie ma co nawet wspominać – przy tym filmie „Transformersi” to kino moralnego niepokoju.
Jeszcze gorzej, że zdarzają się momenty, które świadczą albo o chwilach zwątpienia twórców, albo o braku konsekwencji. Scena przemiany Harry Osborna w Zielonego Goblina jest naprawdę przerażająca nawet jak dla mnie – a co dopiero dla tych dzieci, które w jej trakcie wychodziły z sali (serio!). A skoro mowa o tej postaci – ewidentnie jest to rola nie tylko najciekawiej napisana, ale też najlepiej zagrana przez Dane DeHaana (kapitalne, intrygujące rysy twarzy, w sam raz do psychopatycznych ról). O wiele ciekawszy to antagonista niż Electro – o porównaniu do Mr. Freese’a wspominałem, ale przed „przemianą” wygląda to jeszcze gorzej. Przecież Max Dillon to wypisz-wymaluj ten typ z Paranienormalnych, kiedy robi zeza… O Rhino nawet nie wspominam – wiem, postać to skrajnie komiksowa, ale generowanie jej wyłącznie komputerowo to jakby pójście po najmniejszej linii oporu. Smutne to tym bardziej, że w role obu postaci wcielili się uznani przecież Jamie Foxx i Paul Giamatii. Cóż, ważne że hajs się zgadza… No i został nam jeszcze sam główny bohater. Cóż, Spiderman bez kostiumu jak dla mnie traci cały swój charakter. I nie zmienił tego stanu rzeczy ani Tobey Maguire, ani grający tutaj Andrew Garfield, typ o fizjonomii gwiazdki młodzieżowego serialu typu „Dawson’s Creek”.
Plusy? Emma Stone jako Gwen Stacy. Uroda urodą, ale chemia między nią a Andrew Garfieldem/Peterem Parkerem jest jak najbardziej wyczuwalna. Pomocnym na pewno okazał się fakt, iż także poza ekranem są oni parą… Dalej jestem 3D-sceptykiem, ale muszę obiektywnie przyznać, że jest to jeden z najlepiej zrealizowanych filmów w tej konwencji, jakie widziałem. Ostatnia scena w zegarze – miodzio. No i muzyka. Trzeba przyznać, że Electro wyjątkowo do twarzy w dubstepie.
Nie czekam na kolejną część. Ale jeśli ponownie będę miał darmowe bilety na seans to mimo wszystko nie odmówię.
najlepszy moment: transformacja Osborne’a
ocena: 7/10
