Gorillaz – The Fall
rok wydania: 2010
wydawca: DIY
znow bedzie o Gorillaz i to w calkiem swiezej odslonie.
w ramach prezentu swiatecznego zespol opublikowal w wigilie 2010 na swojej stronie internetowej calkiem nowy, pietnastoutworowy album. niby nic zaskakujacego, nie pierwsi oni tak postapili, ba – w przypadku tak multimedialnego, wchlaniajacego wszelkie (pozytywne) popkulturowe trendy taka forma publikacji byla tylko kwestia czasu. co najwyzej mozna sie zastanawiac, czy tak szybkie opublikowanie nowego materialu (dlugo oczekiwany „Plastic Beach” ukazal sie na poczatku tego samego roku) wynika z jakiegos niezadowolenia nastepczynia „Demon Days”.
nie, nie w tym rzecz. istota „The Fall” wiaze sie ze sposobem rejestracji tych utworow. nagrywanie piosenek podczas trasy, w hotelach nie jest oczywiscie dla Albarna niczym nowym – vide solowy „Democrazy”. ale jeszcze nigdy wczesniej w karierze solowej lidera Blur, jak i moze w historii fonografii w ogole nie bylo albumu zarejestrowanego w calosci na… iPadzie.
dobra, tak w stuprocentach to moze i nie – mixy powstawaly w „normalnym” studiu, poza tym sporo tu „zywych” (w kontekscie takich albumow ten przymiotnik nabiera jeszcze bardziej na znaczeniu) instrumentow, rowniez tych zarejestrowanych przez ziomow Albarna typu Simonon i Jones z The Clash czy niesmiertelny Bobby Womack. ale zdecydowana wiekszosc tego co tu slyszymy powstalo za sprawa takich cudow jak funkBox Drum Machine, AmpliTube czy Korg iElectribe. a to tylko wycinek z calej listy aplikacji.
czestym zarzutem w przypadku tworczosci Gorillaz bylo to, ze ich utwory bardziej brzmia jak szkice anizeli pelnoprawne, dopiete na ostatni guzik kompozycje. dobra wiadomosc dla hejterow – „The Fall” dostarcza Wam dokladnie 15 kolejnych, bardzo mocnych argumentow na poparcie Waszej tezy. inna sprawa jest, jak bardzo zajebiste sa te szkice.
powaznie, pierwsze 4 utwory to w swojej „szkicowej” kategorii (a moze i nawet nie tylko w niej) absolutne killery. „Phoner To Arizona” i „Revolving Doors” (w tym drugim na gitarze Mick Jones) juz wytypowano na single i jak dla mnie naprawde pod wzgledem chwytliwosci motywow w niczym nie ustepuja „Clint Eastwoodowi”, a jak dla mnie nawet przebijaja „Stylo” i inne niemrawe single z „Plastic Beach”. niesamowite w tym wszystkim jest to, ze akurat „Phoner To Arizona” brzmi najbardziej sztucznie, wrecz jak manifest tej plyty – syntetyczny, mantrowo powtarzany loop banalnej sekwencji bassu i hi-hatu z kolejno dokladanymi sciezkami innych instrumentow. biorac pod uwage, ze utwory na plycie ulozone sa wedlug kolejnosci ich powstawania mozna zrozumiec „wprawkowosc” „Phonera”. ale ja jebie, jak genialna jest ta wprawka. dzis pisac piosenki moze juz praktycznie kazdy, ale na szczescie Dobre Piosenki wciaz beda domena Artystow.
dalej jest nie gorzej. „Detroit” brzmi niczym hold dla tamtejszej sceny techno, tyle ze w ultramelodylnej odmianie. „The Joplin Spider” traci industrialem i to wcale nie w melodyjnej odmianie. „California And The Slipping Of The Sun” wprowadza w czysty blogostan, choc paradoksalnie zawiera tez sporo niepokojacych nutek. ale lezac na sloncu tez pojawia sie obawa, ze spalimy sobie skore, tak? na koniec zostawilem sobie prawdziwa perelke – „Amarillo”. co tu duzo mowic – ten podklad jest tak smutny, ze nieoczekiwanie czyni z Albarna-kompozytora najbardziej godnym nastepca Iana Curtisa. fajnie ze to kolejny typ na singiel, dzieki temu wiecej osob uslyszy to cudo, ale czy nie spowoduje to fali samobojstw wsrod entuzjastow muzyki? zreszta, tak generalnie to cala plyta jest dosc smutna, zdecydowanie najbardziej ze wszystkich plyt Gorillaz. albo ta trasa koncertowa Gorillaz promujaca „Plastic Beach” nie byla specjalnie udana, albo Stany Zjednoczone maja wrecz destrukcyjny wplyw na Albarna. ewentualnie moze byc to dowod, ze to inni czlonkowie projektu ciagna go w popowa strone, czyniac z Albarna jedynego prawilnego alternatywniarza.
ponoc w kwietniu material doczeka sie publikacji na tradycyjnych nosnikach. moze i dobrze, tak swietne piosenki warte sa pieniedzy nabywcow muzyki i obecnosci na polkach wsrod innych swietnych plyt. wychodzi na to, ze Gorillaz lepsze rzeczy robia „przy okazji” niz na regularnych plytach.
najlepszy moment: AMARILLO
ocena: 8/10