Public Enemy – Fear Of A Black Planet
wydawca: Def Jam
zauwazylem, ze sporo pisalismy na tym blogu o klasyce rocka. led zeppelin, the beatles, pink floyd, the clash. nawet omawiajac jazz padly maxymalne oceny dla Milesa Davisa. a o absolutnie najwiazniejszych plytach rapowych – ani slowa. co za hanba, co za niedopatrzenie.
przywalmy wiec z grubej rury. Moj Boze, „Fear Of Black Planet”. fakt, znajda sie tacy, ktorzy wyzej stawiaja jego poprzednika, „It Takes A Nation Of Milions TO Hold Us Back”. i beda mieli sporo racji, bo to takze wybitna plyta, z silna reprezentacja najlepszych kawalkow PE. ale „Fear…” to juz nie tylko plyta, ktora jest w stanie poruszyc nacje, afro-nacje. to plyta o razeniu globalnym, nad ktora pochylaja sie juz nie tylko krytycy muzyczni, ale i socjolodzy, a nawet i historycy. mowi sie ze plyty rapowe sa jak gazety, ktora poruszajac aktualne w czasie wydania tematy i problemy maja dosc krotki termin waznosci. z „Fear” takiego problemu nie ma, bo ta plyta jest jak muzyczna Biblia, do ktorej mozna bedzie wracac i za 100 lat. i to nie tylko ze wzgledu an teksty, ale i muzyke.
owszem, Public Enemy to zespol i to dosc liczny. ale z calym szacunkiem dla ekipy S1W (choc Professor Griff slusznie zebral baty swego czasu za dosc burackie, antysemickie wypowiedzi), z calym szacunkiem dla Flavor Flav’a jako archetypicznego hype-mana (choc autorski „911 is a joke” potwierdza, ze sprowadzanie jego roli tylko do pajacowania i podkrecania publiki jest dosc niesprawiedliwe), ale sila Public Enemy to przede wszystkim Chuck D. moze flow czasem traci myszka, ale technicznie kolesiowi do dzis malo kto moglby podskoczyc („Welcome To The Terrordome”!!). a jesli chodzi o przekaz – nie ma przebacz, moim zdaniem najinteligentniejszy raper jaki chodzil po ziemi. jesli KRS-One jest Teacha, to lidera PE wypada nazwac juz tylko Mesjaszem. i przypuszczam ze wielu tak go traktowalo, bo Public Enemy jest dla rapu tym, czym Bob Dylan dla rocka, a Bob Marley dla reggae. slusznie w jednej z recenzji „Fear” pada stwierdzenie, ze w polaczeniu z muzyka te teksty nabieraja prawdziwej mocy, ale i bez niej nic nie traca. mozna zawierajaca je ksiazeczke plyty (do dzis zreszta malo spotykana praktyka w przypadku rap-plyt, choc biorac pod uwage zenadnosc dzisiejszego rapu moze to i lepiej) czytac jak ksiazke. mowiaca o swiecie wiecej niz niejedna pozycja z Waszej biblioteczki (fanow Coelho litosciwie pomijam tutaj). staram sie rozumiec tych, dla ktorych rap to gowno, wiocha o zlotolancuchowym blasku – bo sluchajac rymokletow z mtv trudno dojsc do innego wniosku. jesli jednak ktos bedzie sie przy tej opinii upieral znajac takze dokonania PE to dla mnie juz nawet nie jest ignorantem, ale zwyklym debilem, sorry.
tyle o tych tekstach bylo, ale przeciez ta plyta zasluguje na miejsce w annalach historii takze za sama muzyke. jak wspomnialem, moze i wiecej singlowych klasykow znalazloby sie na poprzedniej plycie. „Fear…” to moze nie koncept album, ale rzeczywiscie rzecz ktora wiekszej mocy nabiera jako calosc, a nie po rozlozeniu na czesci pierwsze. choc i tak warto wyroznic konkretne tytuly. o najlepszym pod wzgledem lirycznym „Welcome…” i Flavor’owym wspomnielismy. dajmy tu jeszcze idealny pod bregdensa „Power To The People”, hiciarski „Fight The Power”, nagrany z udzialem Ice Cube’a i Big Daddy Kane’a „Burn Hollywood Burn” (przewrotnosc losu, ze ten pierwszy dzis jest kojarzony glownie z dissowanym tu przemyslem filmowym) czy mroczny track tytulowy.
napisalismy wczesniej, ze ta plyta jest ponadczasowa. a jednak paradoks polega na tym, ze dzis ona nie moglaby powstac. z bardzo prostego powodu – przeladowana jest ona samplami. ostatnio ktos wyliczyl, ze wydana dzisiaj z powodow praw autorskich przynioslaby ona straty rowne ilosci pieniedzy, ktore zarobila od czasu premiery. nie abym byl wrogiem praw autorskich, bo rzeczywiscie warto gonic leszczy, ktorzy sie probuja wybic na dokonaniach innych. szkoda tylko ze prawa te zrownuja p diddy’ego czy innego flo rida z tymi, ktorzy czynili z samplingu najprawdziwsza Sztuke. a pod tym wzgledem z Public Enemy moga sie dla mnie rownac tylko Beastie Boys.
najlepszy moment: WELCOME TO THE TERRORDOME
ocena: 9,5/10
