Prince And The Revolution – Purple Rain
rok wydania: 1984
wydawca: Warner
soundtracki to specyficzny gatunek. o ile jeszcze te klasycznie pojete (czyli z muzyka instrumentalna, wykorzystujaca instrumentarium blizsze powazce niz muzyce rock czy pop), o ile nie szukamy w holywoodzkim mainstreamie sie bronia, tak juz te bedace zbiorem piosenek „from or inspired by” film maja, za przeproszeniem, przejebane. i nic dziwnego – w tych naszych ciezkich, skomercjalizowanych czasach taka sciezka dzwiekowa jest traktowana glownie jako wizytywka wytworni wydajacej album. co innego, kiedy taka sciezke dzwiekowa tworzy pojedynczy artysta. nierzadko wychodza z takich projektow najlepsze albumy w ich dyskografii. cos powiedziec moze o tym Peter Gabriel, ale przede wszystkim nasz dzisiejszy bohater.
przyznam szczerze, ze filmu o tym samym tytule nie widzialem. sa rozne opinie dotyczace tego, czy wiele przez to trace czy nie. natomiast nie ma przebacz w przypadku muzyki ten film ilustrujacej. jest grupa albumow, ktora stanowi najlepsza argumentacje ku temu, ze Pop nie „moze byc”, ale JEST Sztuka. a ich stworzenie (ba, nawet biorac pod uwage pojedyncze z nich kawalki) wymagalo wiecej pomyslu, kunsztu i energii niz cale dyskografie takich zgrzybialych prawdziwkow jak ac/dc czy deep purple. „Thriller” MJ (dopuszczalne odpowiedzi: „Bad”, „Of The Wall”), „True Blue” Madonny (dopuszczalne odpowiedzi: s/t, „Like A Virgin”) czy wlasnie „Purple Rain” (tu tez sa dopuszczalne inne odpowiedzi, ale mam nadzieje ze o nich innym razem).
fakt, zawsze gdzies tam swital zestaw Michael Jackson – Madonna – Prince jako taka swieta trojca Popu. przy czym, nie ma co ukrywac, pod wzgledem komercyjnym ta kolejnosc jest wlasciwie jedyna dopuszczalna (przy czym w Polsce malo kto w ogole by wymienil Prince’a w takim komentekscie, „tego przebieranca od tej kicz balladki o purpurowym deszczu”, ehhhhh). cale szczescie, ze patrzac przez pryzmat wartosci artystycznej hierarchia wypada troche inaczej. ok, dissu nie bedzie, wiecie ze Michaela uwielbiam. ale faktem jest, ze przy tworzeniu laurki ku jego zajebistosci nie mozna pominac osoby Quincy Jones’a, a – w mniejszym stopniu – take Teddy’ego Rileya. jeszcze wiekszej ilosci osob zawdziecza swa kariere Madonna. natomiast z Prince’m takiego problemu nie ma – on swoj „Minneapolis sound” stworzyl calkowicie sam. jako producent, aranzer, kompozytor, ale przede wszystkim jako wykonawca. czlowiek-orkiestra? w morde, bog jakis wrecz.
niby troche inaczej bylo w przypadku „Purple Rain”, na jego wysokosci Ksieciuniowi zaczela towarzyszyc kapela ochrzczona jako „The Revolution”. ale nie ma co owijac w bawelne – to czysta uprzejmosc ze strony Prince’a, by ich uwzglednic na okladce. wciaz sto procent kompozytorskiego i producenckiego wkladu nalezy do niego, a i pare utworow wykonal calkowicie sam.
czyli jest to, summa sumarum, stuprocentowo Prince’owy album. moze troche bardziej popowy niz poprzednie dokonania, ale moze przez to tak zajebisty. bo prawda jest taka, ze jest to chyba najbardziej awangardowy album z wszystkich wymienionych wczesniej pop-klasykow. nie chodzi nawet o sam misz masz gatunkowy, o to ze Prince NAPRAWDE laczy tutaj rock z popem, funkiem, rnb czy nowa fala i nie jest to na wyrost rzucanym przez recenzentow haslem, byleby wypelnic czyms recenzje. rzecz w tym, ze pan artysta dochodzi tu do celu, jakim jest stworzenie melodii bioracej twoj umysl we wladanie juz na wieki, zeniac tradycyjne patenty stosowane w takich sytuacjach z totalnie nietypowymi, awangarda wrecz. czasem opiera sie na nich szkielet calych utworow, czasem to sa smaczki, ale nie jest od tego wolny zaden z dziewieciu utworow.
sztandarowy przyklad – „When Doves Cry”. pomijajac jakis okultystyczny, wtf’owy zaspiew na poczatku (zreszta i tak nie zwracajacy tak uwagi przy pierwszym odsluchu), reszta kompozycji budowana jest dosc konwencjonalnie. czyli dajmy beat, nalozmy na to synthy, nastepnie wokal i tak dalej. ot, tradycyjnie konstruowany popowy banger, bujajacy jak malo co na tym swiecie. ale zaraz, zaraz… gdzie tu jest bass? NO WLASNIE. Prince swiata nie zmienil, do dzis malo kto wyobraza sobie imprezowy wymiatacz bez stymulujacej linii bassu. no tak, bo kto mialby takowy wymyslec jak nie Prince?
bossostwo „Purple Rain” polega takze na natezeniu geniuszu w tych 45 minutach. wiem, ta sentencja traci maslem maslanym. ale wezmy np wczoraj omawiany album Public Enemy. tez prawie dziesiatkowe sprawy, ale jednak bywaly tam momenty (zeby nie powiedziec piosenki) generalnie slabsze. ktore nie wplywaly na odbior calosci jako epokowego dziela, ale jednak kazdy bylby je w stanie wymienic. „Purple Rain” jest wyzbyta z mielizn, rozwala system od pierwszej do ostatniej sekudny, co tylko potwierdza ze narzucony przez winyle format 45minutowy byl naprawde zajebista sprawa (szczegolnie dzis, gdy coraz wiecej jest tej muzyki na swiecie). tu kazdy numer sie liczy(l), nawet jesli nie w rankingach list przebojow czy imprezowych killerow, to w rankingach Muzyki Do Sluchania I Przezywania. „Let’s Go Crazy” z nawiedzonym wstepem, imprezowym srodkiem i rockizmowym finalem (to Prince, on moze wszystko). „Take Me With You”, sliczny wokalny duet mesko-zenski, zwiewny niczym stado zakochanych motyli. „The Beautiful Ones”, smoothna ballada z eksplozja wykrzyczanych emocji na koncu, w polaczeniu z tekstem stanowiaca idealny przyklad ze swiata muzyki na maturalny temat „Milosc do zajetej kobiety”. „Computer Blue”, w pierwszej, zawierajacej wokal czesci tradycyjny Prince (czytaj: wymiatajacy), w nastepnej przechodzacy w genialny, instrumentalny DŻEM (szkoda ze ponoc na potrzeby plyty skrocony). „Darling Nikki”, chyba najbardziej przechylajacy sie na strone awangardy, z noisiasta gitara i gospelowym, puszczonym od tylu wokalem. DOKLADNIE TAK. „I Would Die 4 U”, kolejny lamacz serc, przy ktorym mozna by i tanczyc, gdyby nie ta syntezatorowa sciołka na rozciaglosci calego numeru, ktory moglby do gluchoty doprowadzic (paradoks tkwi w tym, ze nie mozna go usunac, bo na nim opiera sie geniusz tego tracka). „Baby I’m A Star”, moze i najmniej zajebisty z wszystkich tu zajebistych numerow, ale koajrzy sie z Prinsowym soundtrackiem do Batmana, wiec tez jest zajebiscie…
… no i grande finale, czyli trakc tytulowy. pominmy nawet ten kapitalny, awangardowy smaczek w postaci rejestracji live, co w ogole nie przeklada sie na techniczna jakosc nagrania, a poteguje klimatyczny feeling numeru spoglosowanym wokalem. zapomnijmy o tym, ze jest to najbardziej ograny numer Prince’a, bedacy w jego repertuarze tym, czym jest „Stairway To Heaven” w katalogu Led Zep. wlasnie – to numer Page’a i spolki uchodzi za najwieksza rockowa ballade wszechczasow. ok, moge sie zgodzic. o ile zastrzezemy, ze „Purple Rain” jest najwieksza ballada wszechczasow W OGOLE. blagam, nie sluchajcie tej piosenki jednym uchem jak leci w radiu. dajcie jej szanse, ogarniajac ja w calosci. z tymi bajecznymi smykami, gospelowym feelingiem, lamiaca serca solowka (wspominalismy o tym, ze Prince to nowy Hendrix?) i tym zaspiewem, do ktorego beda odwolywac sie wszyscy – od Tori Amos, przez Pearl Jam, na Incubusie konczac. patos potrafi byc swietnym srodkiem muzycznego wyrazu, moze najlepszym ku temu, by poruszyc emocjonalne strony sluchaczy. problem w delikatnym obchodzeniu sie z nim, bo kazdy zly ruch moze zaowocowac pretensjonalnym zakalcem. „Purple Rain” to dla mnie najlepsze obok Pink Floyd zastosowanie patosu w Muzyce. tyle na ten temat.
duzo ostatnio tych maxymalnych ocen. no coz, mam szczescie siegac po zajebiste plyty. moze czas najwyzszy?
najlepszy moment: PURPLE RAIN
ocena: 10/10