rageman.pl
Film

Miasteczko Twin Peaks – Sezon 2

rok: 1990

reżyseria: David Lynch i inni

 

No cóż, ostatnimi czasy – o czym zresztą w którejś z ostatnich notek wspominałem – coś niewiele czasu mi w ciągu dnia zostaje na prowadzenie tego bloga. Ale taka przerwa jak ta która teraz miała miejsce to już stan alarmowy i sprawa autentycznie mnie smucąca. Nie ma co ukrywać, jest to moment przełomowy dla tego bloga i cały czas myślę o nowej formule dla niego, bo na powrót do niemal codziennych aktualizacji nie ma co liczyć.

Jestem mu jednak winien kolejną notkę. A skoro po tak długiej przerwie, to musi ona poruszać temat szczególny. A jaka rzecz, z szeroko pojętej sfery zainteresowań artystycznych, jest dla  mnie bardziej szczególna niż „Twin Peaks”?

(swoją drogą dopiero teraz zwróciłem uwagę, jak fatalne jest polskie tłumaczenie tego tytułu. Niby nic, jeden dodatkowy wyraz, ale… „miasteczko”. „Ciasteczko”. „Mleczko”. „Perepeczko”. Ugh.)

Nie ma dla mnie problemu – ba, zrobiłbym to z przyjemnością – aby wyznać po raz kolejny swą bezgraniczną miłość do tego serialu i stworzyć kilkunastoakapitową laurkę. Nie wiem jednak, czy aby na pewno każdy chciałby się z nią zapoznać – tym bardziej, ze robiłem już to tu i tu. Tak się też złożyło, że o ile w pierwszej z tych notek tematem był Sezon 1, to notka traktowała o serialu jako całości. Dziwnym to nie jest – w przypadku tak krótkiego serialu (przynajmniej w porównaniu do współczesnych produkcji tego typu) ciężko rozdrabniać się na sezony. Skoro jednak jest tak nadarzająca się okazja, to poruszę nie tak typowy temat: dlaczego Sezon 2 nie jest tak słabszym od pierwszego sezonem, jak zwykło się powszechnie uważać.

Oczywiście dla pewności: nie planuję tu siać herezji. Obiektywnie, ale i subiektywnie rzecz ujmując nie ma wątpliwości – Sezon 1 to majstersztyk. Wizualna i narracyjna perfekcja. Osiem odcinków (licząc pilota), z których każdy do dziś stanowi temat akademickich niemal dysput. Ale to też i sezon, który wywołał prawdziwe szaleństwo w Stanach Zjednoczonych w trakcie jego pierwszej emisji. Sezon, którego odcinki po każdej swej premierze były komentowane niemal w całym kraju, przez które wymyślono termin „water cooler syndrome” (serial na tym etapie był emitowany w czwartki, przez co następnego dnia w każdej amerykańskiej firmie pracownicy wymieniali się spostrzeżeniami, wnioskami itp.). Dość powiedzieć, że pilota obejrzało ok. 30 milionów widzów – jakby nie patrzeć 3/4 populacji naszego kraju, a i w skali USA do dziś ta liczba robi wrażenie. Fakt, z każdym kolejnym odcinkiem było już coraz gorzej, ale jednak nie ma wątpliwości – 1990 rok należał w telewizji do „Twin Peaks”. Przynajmniej do maja, kiedy wyemitowano ostatni odcinek pierwszego sezonu.

A co było później? Już pierwszy odcinek nowego sezonu (podobnie jak pilot półtoragodzinny) zrobił mocny przesiew fanbase’u „Twin Peaks”. Wtedy to, choć już wcześniejsze odcinki stąpały na granicy realizmu i metafizyki, wkroczyło mocnym krokiem wkroczyło coś, co – parafrazując Coopera z 16 odcinka – z braku lepszego określenia nazwijmy magią. Objawiła się ona w postaci Olbrzyma, nawiedzającego głównego bohatera w trakcie majaków popostrzałowych i udzielającego mu wskazówek do śledztwa. W samej tej scenie nie byłoby jeszcze nic dziwnego – ot, typowy Lynch, można by rzec (który oczywiści wyreżyserował ten odcinek). Jak się z czasem jednak okazało, to właśnie te „kosmiczne” ingerencje, a nie sherlockowa dedukcja i spostrzegawczość jaką wykazywał Cooper na początku serialu, okazały się kluczowe w znalezieniu mordercy Laury Palmer. Dla wielu okazało się to nie do przełknięcia – i nie chodzi tylko o konserwatywnych fanów telewizyjnych produkcji lat 80’tych, dla których „Twin Peaks” stał się prawdziwą rewolucją, ale i także współczesnych widzów, dla których logika i realizm stanowią fundament nawet w wykreowanych na celuloidzie światów.

W tym kontekście trzeba przyznać, że twórcy serialu podjęli ryzyko które zaważyło na całej przyszłości serialu. Jak pokazują statystyki z Wikipedii, stracili olbrzymi procent widzów. Zyskali jednak coś, co z obdartego z biznesowego myślenia punktu widzenia stanowi rzecz najcenniejszą w każdej dziedzinie sztuki  – nieśmiertelność napędzaną bezgranicznym uwielbieniem, jakim ten serial jest darzony od ponad 20 lat. Wyobraźmy sobie świat, w którym „Twin Peaks” kończy się na pierwszym sezonie. Jak byśmy wspominali ten serial? Jakie pytania pojawiałyby się w kontekście wspominek na jego temat? Kto zabił Laurę Palmer? Kto strzelał do Coopera?… i tyle. Genialnych dzieł powstało wiele, także w samym formacie telewizyjnym (przy czym sami twórcy dzieł pokroju „Rodziny Soprano” czy „Lost” przyznają, że bez „Twin Peaks” nie byłoby także ich dzieł). Ale na palcach jednej ręki można policzyć te, które wciąż wywołują tak wiele pytań, tak wiele możliwości interpretacyjnych. Ktoś powie – Jaskinia Sowia, Czarna Chata, science fiction. Ja powiem – znajdź mi drugie takie dzieło, które wątki rodem z filmów fantasy klasy B splotłoby w sieć o tak wielopłaszczyznowej konstrukcji, że do dzisiaj nikt nie potrafi odpowiedzieć z całą pewnością na generowane przez serial pytania. Dzieła chyba żadnego innego reżysera nie stanowią takiej uczty zarówno dla humanistów, doceniających piękno kadrów, jak i umysłów analitycznych, którym tętno przyspieszą zagadki zawarte w tych kadrach. Powszechnie uważa się, że to „Mulholland Drive” stanowi mistrzostwo pod tym względem, gdzie niemal każda scena, każdy detal stanowi trybik idealnie zazębiający się z całością fabuły (a właściwie tego, jak ją widzimy). Ale to „Twin Peaks”, ze swoimi 30 odcinkami (czyli ponad 24 godziny materiału filmowego) stanowi najbardziej imponujące dzieło pod tym względem. Poprowadzić fabułę tak, by klucz do zrozumienia sceny z odcinka 18-tego był pozornie błahy dialog z odcinka 3-go – to już jest najwyższa szkoła jazdy. Owszem, czasem te elementy Twin Peaksowej układanki zazębiają się przypadkiem, nierzadko tylko w głowach nadgorliwych interpretatorów. Ale nawet jeśli cygaro to czasem tylko cygaro – kto kreatywnemu zabroni widzieć w nim coś więcej?

Trzeba jednak też jasno stwierdzić, że Lynch i spółka mieli zbyt dużą wiarę w widzów uznając, że wykreowali świat na tyle wciągający, by nie tylko wyjaśnienie zagadki śmierci Laury Palmer ciągnąć w nieskończoność, ale nawet zepchnąć je na dalszy plan. Dla wielu serial skończył się wraz z odcinkiem nr 16, kiedy to zabójca zostaje ostatecznie ujęty (to nie do końca prawda, ale na chwilę przyjmijmy to za oficjalną wersję wydarzeń). Nie dziwi to, tym bardziej iż kilka kolejnych odcinków, kiedy to głównym antagonistą zostaje Jean Renault a na pierwszy plan żeński wychodzi „nastoletnia” Nadine, spokojnie można uznać za najsłabsze w całym serialu. Dla wielu to był jasny sygnał – twórcy nie mają pomysłu na to co dalej, koniec zabawy. Zbawiennym okazało się wprowadzenie postaci Windoma Earla, ale nie na tyle, by przywrócić przed telewizory tych, którzy oglądali „Twin Peaks” przede wszystkim dla rozwiązania sprawy Laury Palmer. Ale tu znów wniosek z kilku akapitów wcześniej – czy ci fani serialu byliby w stanie pielęgnować pamięć o nim przez te wszystkie lata?

Sezon 2, przy całej wspaniałości wątków Czarnej Chaty czy Windoma Earla, ukazał też wady tego serialu, które z perspektywy mijających lat dostrzegam coraz więcej. Rzecz w tym, że jeśli decydujesz się z kimś związać na całe życie, to takie ułomności tylko wzmacniają uczucie, wzbogacone dodatkowo o potrzebę wyrozumiałości i akceptacji. Tak jak w mojej relacji z tworem zwanym „Twin Peaks”.

 

najlepszy moment: ODCINEK 30

ocena: –