Nimfomanka – Część I
reżyseria: Lars Von Trier
Druga notka w tym roku i druga o filmie. Czyżbym stał się kinomaniakiem? Jeśli ten wątek mojego życia miałby stać się podstawą filmu to chciałbym, by jego reżyserem był Lars Von Trier. Jak się okazało, potrafi on w mistrzowski formalnie sposób pokazywać historie w gruncie rzeczy mało ciekawych osób.
Szanuję Larsa Von Triera. Podobnie zresztą jak każdego twórcę posiadającego własny styl, osobowość widoczną na obrazach wygrywanych pod jego batutą, a ponadto płynących pod prąd oczekiwań wielkich studiów filmowych i masowej publiczności (choć ta ostatnia co jakiś czas potrafiła go docenić).
Nie przepadam za Larsem Von Trierem. Nie chcę się hipstersko wychylać przed szereg i kwestionować jego wkład nie tylko z krajobraz światowej kinematografii, ale i sam jej rozwój, ale inicjatywy typu Dogma’95 odbieram za niewiele więcej niż próbę oficjalnego usprawiedliwienia zapędów do zdominowania formą treści, z efektami niewiele bardziej znośnymi niż twory „polskiej niezależnej myśli reżyserskiej”. Oczywiście krzywdzące byłoby patrzeć na spuściznę Duńczyka jedynie poprzez ten artystyczny postulat – „Przełamując Fale” czy „Tańcząc W Ciemnościach” to piękne filmy bez żadnego artystyczno-ideologicznego podłoża. Rozumiem, że dla kogoś najlepszym filmem Von Triera mogą być „Idioci”. Zawsze jednak w takich sytuacjach się zastanawiam, czy są to fani Performance’u czy Kina.
W tym kontekście „Nimfomankę” można poczytywać pozytywnie, być może nawet jako „optymalne” dzieło Von Triera. Skromne pod względem dynamiki, prowadzenia narracji czy ilości typowo „kinowych” rozwiązań, ale zdecydowanie nie minimalistyczne. I ja to doceniam. Ale też nie da się ukryć, że ten ambiwalentny stosunek do Triera jeszcze bardziej się pogłębił.
Dalej szanuję Larsa Von Triera za to, jak kapitalnie potrafi bawić się klatkami filmowymi, ile potrafi z nich wycisnąć. Oś fabularna „Nimfomanki” jest naszpikowana takimi autorskimi wtrętami – a to widzimy kompilację zdjęć kolejnych „męsko-organowych” zdobyczy głównej bohaterki opatrzoną muzyką klasyczną, w wielu momentach treść filmu jest dodatkowo podkreślana adekwatnymi napisami na ekranie – a mimo to nie ma poczucia obcowania z wizualnym „śmietnikiem”. A co najważniejsze – wszystko to jest świetnie uzasadnione za sprawą postaci Seligmana, na granicy fanatyzmu odnajdującego w opowiadanej mu przez Joe historii cały szereg analogii ze świata wędkarstwa, muzyki czy matematyki. W tym miejscu można przejść płynnie do drugiego aspektu twórczości Von Triera, dla której mam pełne uznanie – dobór aktorów. Oczywiście jak każdy reżyser spod znaku autorskiego kina i on ma swoich faworytów, dla których i w „Nimfomance” znalazł miejsce – zresztą dialog między Charlotte Gainsbourg (Joe) i Stellan Skasgard (Steligman) uczynił szkieletem filmu. To co mi jednak najbardziej imponuje to to, jak w swoje wizje potrafi wpleść gwiazdy światowego kina, często już zapomniane przez mainstream (Christian Slater jako ojciec Joe – zaskakująco dobra rola). W „Nimfomance” epizod życia odgrywa Uma Thurman jako porzucona żona i matka, a przy tym pośrednia ofiara nimfomanii Joe. Oscar? Pewnie nie, aczkolwiek gdyby jednak, to w pełni zasłużony. A swoją drogą – chyba nigdy nie podejrzewałem Von Triera o taki komediowy talent, nawet jeśli ze stuprocentową zawartością groteski.
Dalej jednak nie przepadam za Larsem Von Trierem. I nie zmieni się to, dopóki za esencję muzyki będę uznawał melodię, a kinematografii – opowiadaną historię. Nie mam z tym problemu, jeśli artysta świadomie rezygnuje z tych elementów i stawia jednoznacznie na eksperyment. Kiedy jednak próbuje formą przykryć jałowość tego, co chce (o)powiedzieć – jestem na nie. Nie posądzałbym Von Triera o tak posunięty cynizm, ale fakt faktem, że historia kobiety uwielbiającej sex rozbita na dwa kilku godzinne filmy i bez ingerencji cenzury to marketingowy majstersztyk, czego efektem zapełniona sala kinowa. Na której towarzystwo zresztą z czasem mocno się przerzedziło – może nie masowy exodus, ale dość widoczne dezercje. Zostałem do końca filmu, bo wiedziałem że na zwykłe porno Von Trier by sobie nie pozwolił, ale też miałem momentami ochotę w ramach buntu wyjść. A przecież uważam się za skrajnie liberalnego! Ale czy Joe to osobowość naprawdę zasługująca na to, by słuchać jej przez 5 godzin? Czy jest w niej jakaś tajemnica, wielowymiarowość, cokolwiek co odróżniałoby jej nałóg od tego, jaki charakteryzuje całą gromadę nimfomanek czających się po kiblach w dyskotekach? Jeśli tak, to czemu zbytnio tego w „Nimfomance” nie widać? Dlaczego ta historia Joe, w oderwaniu od sposobu jego opowiadania, jest tak bardzo niezajmująca? Dlaczego tak mało filmu w tym filmie?
Być może błędem jest ocenianie „Nimfomanki” po pierwszym wolumenie. Wszak „The Wall” Pink Floyd też mało kto ocenia po pierwszym z krążków. Są wielotomowe dzieła, które nabierają sensu tylko jako całość. I ok, to nie wada. Ale skoro rozbija się historię na odcinki, to dobrze byłoby zaintrygować widza tak, by czekał na ciąg dalszy niczym narkoman na kolejną dawkę. Obawiam się, że po skończeniu tej recenzji zupełnie zapomnę o głównej bohaterce dzieła Duńczyka. O, już to nastąpiło. O czym to ja pisałem?
najlepszy moment: MRS. H
ocena: 7,75/10
