rageman.pl
Film

Wilk Z Wall Street

rok: 2013

reżyseria: Martin Scorsese

 

Pierwsza „regularna” tegoroczna notka będzie dość nietypowa, bo z dziedziny filmu. Wciąż kino odwiedzam rzadziej niż Ryszard Kalisz siłownię, niemniej czasem dobrze wyjść do ludzi nie tylko po to, by się napić. Choć w przypadku omawianego dziś dzieła o niedoborze melanżu trudno mówić. To chyba jeden z najbardziej „imprezowych” filmów ostatnich lat w mainstreamowym kinie, w tak hedonistycznym wydaniu, że nawet Trybson z ekipą poczują się zawstydzeni. Na szczęście nie ma mowy o wynaturzonej wersji „Warsaw Shore” (masło maślane?) dzięki osobie reżyseria.

Chociaż pewności nie było. Po podsumowaniu ubiegłego stulecia „Kasynem” żaden z późniejszych filmów, choć o wtopie nigdy mowy być nie mogło, nie za bardzo wytrzymywał porównanie z „Taksówkarzem” czy „Ostatnim Kuszeniem Chrystusa”. Oscar za „The Departed” wydawał się być średnio przyzwoitą nagrodą pocieszenia, a najwyższa jakość wiązała się z pobocznymi projektami, jak „Shine A Light” (rejestracja koncertu Rolling Stones’ów) czy udział w projekcie „Broadwalk Empire”. Nie za bardzo też rozumiałem upór w stawianiu w kolejnych filmach na Leonardo DiCaprio. Owszem, bardzo dobry to aktor, ale „no bez przesady”. Tymczasem opłaciło się czekać – piąta kolaboracja między tymi panami wreszcie przyniosła efekty na miarę wieloletniej współpracy Scorsese z De Niro.

Wydawać by się też mogło, że nie da się nic powiedzieć zarówno w kwestii Wall Street, jak i tym bardziej w temacie „od zera do milionera”. I dalej nie ma sensu upierać się w przy tym, że „Wilk z Wall Street” to zupełnie nowa jakość. Tym, co jednak broni obrany przez Scorsese kierunek (a gdzieniegdzie służy jako alibi) to fakt, iż mówimy tu o adaptacji książki, a zarazem historii jak najbardziej rzeczywistej i stosunkowo świeżej, bo zaledwie sprzed ponad 10 lat. Z autobiografią Jordana Belforta styczności nie miałem, ale jeśli wierzyć prasie i Internetom, to wizja Scorsese nie odbiega zanadto od prawdy. I wcale nie musiała – nie trzeba olbrzymiej wyobraźni by uwierzyć, ze połączenie giełdy z gangsterską mentalnością oraz, co jednak dość istotne, talentu może zaowocować tym, co widzimy na ekranie.

Czyli kasą, w ilości będącej poza możliwościami użyteczności nawet takiego króla zachłanności jak główny bohater, sexem, narkotykami i dużą, dużą ilością bluzgów (Scorsese po raz drugi w swej karierze bije rekord w liczbie fucków w jednym filmie fabularnym). Rozpusta i hedonizm na całego. O tym, że nie obcujemy tu z dziełem Larsa Von Triera (tudzież zwykłym pornosem) świadczy kapitalnie tu się sprawdzająca konwencja komediowa, czyniąc z „Wilka” być może najbardziej przystępny i filmowo „przebojowy” film Scorsese w ogóle (nie przypominam sobie, by w Polsce kiedykolwiek tak masowo chodzono na jego filmy). Oczywiście budzi to spore wątpliwości natury moralnej – mimo wszystko mówimy tu o sporej tragedii rzeszy ludzi, w filmie zupełnie niewidocznych. Ciężko też nie czuć choćby cienia sympatii do osoby, która posiada twarz niegdysiejszego idola nastolatek, na dodatek co chwila kierującego swój rozbrajający uśmiech do oka kamery.Także kilka, wydawałoby się niepozornych scen jakby delikatnie sugerowało, że mimo wszystko warto było przeżyć takie życie, jakie było udziałem Belforta. Ktoś, kto z tego powodu będzie bił na alarm musi mieć z sobą większy problem niż Ryszard Nowak z Komitetu Obrony Przed Sektami, niemniej rzeczywiście można polemizować nad wyborami Scorsese.

Na pewno jednak nie ma co kwestionować filmu w kwestiach technicznych. Aktorstwo – wyborne, nigdy nie widziałem – a naprawdę kilka ról budzi mój podziw – DiCaprio tak kipiejącego bossostwem. Jeśli bedzie z tego Oscar, to jak najbardziej zasłużony, a nie za zasługi. Świetny drugi plan z aktorami z uznaną marką, a jednak o wciąż świeżych twarzach (Jonah Hill, Kyle Chandler, Jon Bernthal). Wisienką na torcie jest epizod Matthew McConaughey’a, zaliczającego właśnie ponowne narodziny jako aktor (przyznaję, że początkowo pomyliłem go z Christianem Bale’m – nie sądziłem nawet, że on jeszcze jest aktywny zawodowo!). Kapitalnie całość zmontowano – choć całość z pożytkiem dla filmu można by spokojnie skrócić o kilka scen, to te prawie trzy godziny (!) są zaskakująco mało odczuwalne. Nie tylko dzięki komediowemu sznytowi, ale także barwom jest o wiele lepiej przyswajalna niż gangsterskie klasyki Scorsese sprzed lat. No i już na marginesie – bardzo fajnie wpleciono kilka współczesnych przebojów (m.in. Foo Fighters), choć trochę szkoda, że genialny „Black Skinhead” Kanye Westa zastosowano tylko w trailerze.

We wczorajszym podsumowaniu zastanawiałem się, czy jakikolwiek zeszłoroczny film poruszył mnie na tyle, by dawać mu miano najlepszego. Jeśli jednak „Wilka” uznać za reprezentanta 2013 roku, to spokojnie może pretendować do tytułu Filmu Roku.

 

najlepszy moment: MATTHEW MCCONAUGHEY

ocena: 8,25/10

Leave a Reply