rageman.pl
Muzyka

In Memoriam: Lou Reed (2.03.1942-27.10.2013)

Byłem wczoraj w zoo, pierwszy raz od przynajmniej 20 lat. Spędziłem perfekcyjny dzień z wybranką mego serca. Wracam do domu, odpalam na neta by dowiedzieć się co się dzieje na świecie, a na Onecie, ukryta pod stosem pierdołowatych newsów wiadomość o śmierci Lou Reeda. Chciałbym znów uwierzyć w przypadki, bo inaczej oszaleję.

Zasłuchując się ostatnio w Dylanie cały czas zastanawiałem się co to będzie, kiedy w końcu przejdzie na Drugą Stronę. Facet wciąż niby nagrywa nowe płyty, ale wystarczy pierwszy lepszy klip koncertowy z ostatnich lat by ze smutkiem zauważyć, że jest zdecydowanie bliżej niż dalej. Podobne, choć nie tak intensywne, analogiczne mysli dopadają mnie przy Rolling Stonesach, Leonardzie Cohenie czy The Beatles.

Ale Lou Reed? Nie wpadłbym na to. Umówmy się – 70-letniego faceta, który nagrywa z Metalliką (jakiekolwiek efekty tych nagrań by nie były), trudno podejrzewać o brak krzepy. Nie mówiąc już o latach rockandrollowych eksperymentów na własnym organizmie, które, wydawało się, raczej pozytywnie weryfikowały test na nieśmiertelność. A jednak, a jednak.

Skoro Lou Reed, to The Velvet Underground. Skoro The Velvet Underground, to płyta z Nico i bananem. Płyta, która de facto stworzyła termin rock alternatywny. Czy może nawet rockową alternatywę. Innymi słowy – wniosła do muzyki gitarowej brud, mrok i zgrzyt, może nawet lekkiego szatana, choć takie „Sunday Morning” to przecież czysto niebiańskie dźwięki. Jasne, granice już wcześniej przesuwali Rolling Stones i The Beatles, ale dopiero Reed z ekipą ją przekroczyli, wkroczyli na teren, gdzie słuchanie muzyki gitarowej może być nie tyle wyzwaniem, co wręcz sprawiać ból. To im, oraz tej płycie zawdzięczamy to, że dziś rock kojarzy się fajnie, bo z dawaniem w żyłę, a nie z kręceniem biodrami na potańcówkach. Nie mówiąc już o zacieśnieniu więzi między muzyką a innymi odmianami sztuki. Wiadomo, Warhol, te sprawy. Czy bez The Velvet Underground dziś zespoły rockowe akompaniowałyby spektaklom teatralnym? Miałyby wstęp do galerii sztuk? Do zastanowienia się.

Oczywiście Reed nie zaprzestał działalności artystycznej po dokonaniu żywota przez VU. Nie chcę jednak za bardzo mówić o dyskografii solowej, jako że temat mam wciąż raczej pobieżnie ogarnięty. Zresztą, sami „Velveci” też za późno pojawili się w mojej edukacji muzycznej, by dokonać w niej jakiejś większej rewolucji. Na pewno jednak mówimy tu o zespole, znajomość którego twórczości jest niezbędna, jeśli chce się lepiej zrozumieć to, czego słucha się na co dzień. Jasne, dobra muzyka broni się zawsze sama i taki Sonic Youth będzie się jawił zajebistym zespołem czy zna się „The Velvet Underground & Nico” czy nie. Ale poznanie rodziców swej ukochanej to nie tylko dobry obyczaj, ale także coś, co może tylko utwierdzić w uczuciu, uczynić je bardziej kompletnym. A fakt jest taki, że, zgodnie z legendą, debiut VU „spłodził” multum genialnych zespołów, rockowych i tych tkwiących na obrzeżach gatunku. Nie mówiąc już o tym, że odsłuch takich muzycznych klasyków pozwala oddzielić ziarna od plew, istotne zespoły od zwykłych epigonów.

Na dobrą sprawę historia ta wydaje się kompletna – muzyk, który wniósł do muzyki popularnej „inność” (pomijam, bądź co bądź ciekawy, wątek orientacji seksualnej, bo to jednak temat na osobną rozprawkę, niekoniecznie związaną z tematyką bloga), zamknął swą dyskografię jednym z najdziwniejszych albumów XXI wieku. Ile w „Lulu” szczerej wypowiedzi artystycznej, a ile skoku na kasę i cynicznego posłużenia się najpopularniejszym zespołem heavymetalowym w historii? Jedno jest pewne – będzie Wam wybaczone, jeśli odpalicie dziś bardziej oczywiste wybory typu debiut VU, „Transformer” czy „Berlin”. A może skusicie się na „Metal Machine Music”?

 

(wiem, mało reprezentatywny numer, ale nic nie zrobię – naprawdę go uwielbiam)

Leave a Reply