Bob Dylan – The Freewheelin’ Bob Dylan
rok wydania: 1963 (reedycja: 2003)
wydawca: Columbia
Po półrocznej przerwie wracamy do Boba Dylana i, co najważniejsze, wreszcie omówimy sobie jego najważniejszy okres działalności, czyli złote lata 60-te. Szykujcie się na serię notek.
Teoretycznie niewiele różni drugi album Dylana od omawianego tu w kwietniu debiutu – lawirujemy tu wciąż w stricte akustycznym graniu z granicami wyznaczonymi przez folk przede wszystkim, a także country czy blues. Jest jednak jedna, ale na tyle istotna zmiana, dzięki której „Freewhelin” nie tylko osiągnął sukces komercyjny i artystyczny, ale także jest poniekąd uznawany za „właściwy” debiut Roberta Zimmermana. Różnicy tej na imię „autorski repertuar”. A ten już na wysokości tego albumu nie pozostawiał wątpliwości, że mamy do czynienia z jednym z najważniejszych songwriterów XX wieku.
Właściwie już pierwszy numer zamyka dyskusję na temat tego, czy Dylan powinien wydawać płyty, czy jednak skupić się na tomikach poezji. „Blowin’ In The Wind” to przecież zaledwie delikatny akompaniament kilku akordów (plus oczywiście harmonijka ustna), ale Dylan wyciąga z nich tyle emocji, że na Wikipedii pod hasłem „efektywność” powinno widnieć właśnie jego zdjęcie. I tak na dobrą sprawę spostrzeżenie to dotyczy każdej z zawartych tu 13 piosenek. Bo nawet jeśli ktoś nie zwraca uwagi na teksty (w przypadku Dylana – karygodny błąd), to musi przynajmniej po kilku przesłuchaniach rozróżniać poszczególne melodie. Nawet jeśli aranżacyjnie wszystko jedzie na jedno, akustycznogitarowe kopyto (wyjątkiem bluesowe opracowanie standardu „Corrina, Corrina” z udziałem sekcji rytmicznej i fortepianu), to nie ma możliwości, by pomylić pseudoromantyczny „Don’t Think Twice, It’s Alright” od szantowego, złowrogiego „Masters Of War”. To po prostu są Klasyczne Kompozycje – może w ich coverowych wersjach bogatsze aranżacyjnie i brzmieniowo, może lepiej wykonane (oczywiście dotyczy to głównie wokalu), ale zanim się z nimi zapoznacie konieczne jest sięgnięcie do źródła.
W kontekście tej wspomnianego wyżej, piosenkopisarskiego geniuszu zakrawa ta ironię fakt, że także tutaj Dylan trzyma się folk/bluesowej tradycji, według której twórcy opierają swe dzieła na podstawie wcześniej powstałych pomysłów. Taki protosampling, można by rzec. Nie inaczej jest tutaj – najjaskrawszy przykład „Girl Form North Country” oparty na angielskiej pieśni „Scarborough Fair”, ale na dobrą sprawę każda z piosenek ma swoje wyraźne korzenie. W przypadku „Masters Of War” zaowocowało to wizytą w sądzie, ale umówmy się – przy tak genialnym albumie cel naprawdę uświęca środki.
A „Freewheelin’ Bob Dylan” jest właśnie takim genialnym dziełem.
najlepszy moment: BLOWIN’ IN THE WIND
ocena: 8,5/10