rageman.pl
Muzyka

The Cranberries – Stars: The Best Of 1992 – 2002

rok wydania: 2002

wydawca: Island

 

co my tam mamy dzis na tapecie?

o, The Cranberries. sa takie zespoly, ktore mozna darzyc sympatia, sentymentem (w koncu to kolejny zespol-symbol lat 90tych), ale trudno nie zauwazyc jego absolutnej nieistotnosci w historii muzyki. no chyba ze jest sie Irlandczykiem badz wyznawczynia teorii girl power, wtedy percepcja moze byc lepsza. ale tylko odrobine.

niemniej ciezko mi tak jednoznacznie dissowac Zurawinki. bo po pierwsze – nie mowcie tego nikomu – wciaz sie podkochuje skrycie w Dolores O’Riordan. zadna klasyczna pieknosc, ale przyciaga uwage niczym stado magnesow (a jej image w okresie dlugich blond wlosow – ahhh!). takze wokalem, byc moze najciekawszym aspekcie tworczosci Cranberries. potezny, tak samo zadziorny jak i niewinno-oniryczny, choc tez sporo zawdzieczajacy Sinead O Connor (moze to te irlandzkie geny?). dwa – nastukali troche tych przebojow, a przeciez w pop-rocku chyba wlasnie o to chodzi. a kto nie lubi przebojow?

a dzieki chronologicznemu ulozeniu piosenek mozemy sie przekonac, ze debiut to oni mieli kapitalny, bo nie tylko hiperprzebojowy, ale tez i artystycznie intrygujacy. bo jesli debiutuje sie taaaaaaakim singlem jak „Dreams”… dream pop? nie wiem, nie jestem pewien, ale fakt jest taki, ze sluchajac tego numeru czuje sie jak Adas Niezgodka, ktorego nogi nagle zaczynaja sie odrywac od ziemi i wzlatuje ponad Akademie. slowo „Odlot” jest totalnie wyeksploatowane, ale tutaj naprawde ma sens. przesliczna rzecz, dla takich utworow warto miec dwoje uszu.

potem przeciez jest niewiele gorzej. bo przeciez „Linger”, no prosze Panstwa. ponoc tekst traktuje o magii towarzyszacej pierwszemu w zyciu pocalunkowi. no i rzeczywiscie, track wyzwala najbardziej niewinne z uczuc nawet w tak zdemoralizowanym wielbicielowi wyuzdania w realu i necie jak ja. jakies teksnoty moze nawet za tamta niewinnoscia, utracona wraz z zainstalowanym modemem i pierwszym podebranym ojcu Playboyem. no i „Zombie”, wienczacy ten singlowy hattrick. czesto zdarzaja sie w historii muzyki paradoksy, ze kapela odnosi niemal one-hit wonderowy sukces z singlem totalnie odleglym od na codzien uprawianego przez nich poletka. tyle ze przewaznie dotyczy to jednorazowego skoku w pop-bok. tu mamy sytuacje skrajnie przeciwna, bo „Zombie” to rzecz w ich dorobku najciezsza, zdecydowanie bardziej alt niz pop rockowa. zlosliwcy uznaja, ze irlandczycy wykorzystali po prostu mode na grunge i nie bedzie to odbiegle od prawdy. ale moze zmiana stylistyczna byla po prostu podyktowana protest-songowa trescia (oczywiscie mowa o sytuacji w Irlandii), bo inaczej sie nie dalo. tego pewnie sie juz nigdy nie dowiemy.

i na kolejnych indeksach kwartet dalej rozdaje jeden cios za drugim („Ode To My Family”, „Ridiculous Thoughts”, „When You’re Gone”… dlugo moznaby wymieniac), ale juz mozna dostrzec oznaki faktu, iz przeciwnik jednak nie taki grozno, bo poslugujacy sie oklepanym schematem zwrotka-refren i zbyt probujacy sie przymilac do masowej publicznosci. a im dalej w las tym coraz gorzej, co tez mialo odzwierciedlenie w coraz gorszym statusie komercyjnym zespolu, z totalnym upadkiem w postaci „Hollywood” – absolutny autoplagiat „Zombie”, brzmiacy tak, jakby zespol sam siebie chcial podac do sadu. troche lepiej prezentuja sie 3 ostatnie piosenki. choc akurat „Daffodil Lament” to akurat wyselekcjonowany na plyte przez fanow numer, pokazujacy, ze jak zapomnieli na chwile o radiowym formacie, to potrafili stworzyc cos niebanalnego (koncowka piosenki to czysty Clannad). no i jeszcze dwie premiery: „New New York” zaskakuje najprawdziwszym riffem i w sumie to dosc hardrockowa moca. natomiast promujacy skladak „Stars” to taki sympatyczniutki Zurawinowy singiel. aczkolwiek fakt faktem, na skali sympatycznosci blizej maxa niz zera.

nie no, naprawde fajne te melodie. ale fanem na nowo nie zostane.

 

najlepszy moment: DREAMS

ocena: 8/10

Leave a Reply