rageman.pl
Muzyka

NO! NO! NO! – NO! NO! NO!

No-No-No_No-No-No,images_big,4,6298372rok wydania: 2010

wydawca: Chaos Management Group

 

Nie miałem okazji o tym pisać wcześniej, więc skoro takowa się wreszcie nadarzyła, to poruszę w końcu temat. Otóż kiedy Artur Rojek odszedł z Myslovitz, momentalnie postawiłem na tym zespole krzyżyk. I nawet nie chodziło jedynie o fakt, że mowa o frontmanie, choć to też ma spore znaczenie – bo umówmy się, wymiana wokalisty to jednak nie to samo niż zmiana na stanowisku basisty czy nawet gitarzysty. Wokalista daje nie tylko głos (heh, oczywizm jakby), ale też w większości przypadków twarz i spory procent duszy. Ale w przypadku Myslovitz sprawa jest znacznie poważniejsza. Niby w zespole tym panowała artystyczna demokracja, ale jeśli porównywać twórczy potencjał poszczególnych muzyków nie tylko na podstawie ich wkładu w zespół, ale także przez pryzmat działalności pobocznej, to Rojek znokautował kolegów już w pierwszej rundzie. A konkretnie w 2001 roku, kiedy to ukazał się jedyny jak dotąd album Lenny Valentino „Uwaga! Jedzie Tramwaj”, zawieszając pozostałym muzykom Myslovitz poprzeczkę tak wysoko, że aż na poziomie nierealnym do przeskoczenia. I rzeczywiście, nijak da się zestawić dokonania Delons, Penny Lane czy solowe albumy Jacka Kuderskiego z projektem Rojka i odmienna stylistyka nie ma tu nic do rzeczy.

Czy No! No! No!, założony przez gitarzystów Myslovitz – Wojtka Powagę i Przemka Myszora – stanowi wyjątek potwierdzający regułę? Hmmmm… Jak to się mówi – nazwiska nie grają. Nawet gdyby panowie, na podobieństwo byłego kolegi z Myslovitz, sięgnęliby po muzyków Ścianki, nie gwarantowałoby to automatycznie udanego albumu. Niemniej wydaje mi się, że jeśli chce się nagrać album wybitny, muzycznie nietuzinkowy i wymagający, to Tomek Makowiecki nie jest zbyt oczywistym wyborem mającym pomóc osiągnąć ten cel. Eufemistycznie rzecz ujmując. Nie mam w zupełności nic do jego udziału w „Idolu” – przykład Moniki Brodki (czy nawet Ani Dąbrowskiej, choć fanem jej nie jestem) pokazuje, że łatka uczestnika talent show nie musi utrudniać w tworzeniu wartościowej muzyki. Na pewno nie są nią takie utwory jak „Spełni się” czy „Piosenka na nie”. Zresztą, hej, mówimy o kolesiu, który chwali się, że w ciągu dwóch miesięcy przesłuchuje 500 płyt, a koniec końców jako ulubiony band wymienia Placebo. O czym więc mówimy.

A jednak paradoks polega na tym, że to właśnie tenże Tomek jest najbardziej pozytywnym bohaterem omawianej dzisiaj jedynej płyty No! No! No! Trochę na podobieństwo bramkarza uznanego MVP przegranego meczu, w którym wpuścił sześć goli, ale jednak. Bo to on odpowiedzialny jest za najbardziej intrygujące kompozycje płyty. Zarówno otwierający całość „PJ” z white-chalkowym fortepianem („PJ” Harvey?) przetrącanym noise’owymi wyładowaniami, wyściełana elektroniką „Polska Szkoła Dokumentu” czy snujący się, najgęstszy aranżacyjnie „Wyjątek Od Rozsądku” to naprawdę przyzwoite rzeczy, nie tylko w kontekście dotychczasowych dokonań Makowieckiego i własnych wyobrażeń o jego świadomości artystycznej. I lekko kontrastujących z wkładem w album pozostałych panów. „Doskonały Pomysł” czy okrutnie czerstwy „Jak Czujesz Się Z Tym?” (w chórkach Paulina Przybysz) pokazują ich niestety jako niewolników pop rocka, dla których piosenka musi posiadać niewybredny tekst, gitarę i cokolwiek dającego się nazwać melodią. Całość brzmi więc jak tribute to Radiohead, tyle że z Makowieckim ciągnącym w stronę „Kid A”, a pozostałymi muzykami zapatrzonymi w „The Bends”. Wiadomo, obie próby skazane na porażkę, mimo wszystko ta podjęta przez męża Reni Jusis wydaje się ciut ambitniejszą. Choć trzeba uczciwie przyznać, że ten podział nie jest tak wyraźny – bo to Przemek Myszor jest odpowiedzialny za najbardziej późno-radioheadowy moment w postaci „Świata Według Bestsellera” (a z drugiej strony – „Nie Nadaję Się Do Cyrku” Makowieckiego, z zupełnie nieprzekonującym patentem recytacji, podkopuje całe dobre wrażenie, jakie wywołał pozostałymi jego numerami na płycie).

Nawet jeśli jednak warstwa aranżacyjno-wykonawcza winduje No! No! No! na pozycję drugiego najlepszego projektu około-myslovitzowego, tak zupełnie nie przystaje do niej poziomem sfera melodii. Ileś przesłuchań i wciąż nic mi nie zostaje w pamięci, ani jeden hook czy refren. Żadnych emocji. Kolejnym paradoksem jawi się więc fakt, że najbardziej wyróżniającym się numerem jest właśnie ten coldplayowo-travisowo-brit polowy „Doskonały Pomysł”. Guilty pleasure, ale cel uświęca środki – jako jedyny utwór zostaje w głowie na dłużej.

To na pewno płyta lepsza niż można było przypuszczać (pomijam psychofanów Makowiecki Band), pozytywnie zaskakująca. Wypada docenić produkcję Marcina Borsa i instrumentalny rozmach. Ale nie wyobrażam sobie, bym miał chodzić po mieście z dołączonymi do płyty wlepkami No! No! No! (fajny pomysł) po mieście propagując imię zespołu. Nie to, aby jakikolwiek inny zespół mnie do tego skłonił.

 

najlepszy moment: DOSKONAŁY POMYSŁ

ocena: 7/10

Leave a Reply